Data: 2.6.2011 o 9:21 Kategoria: Internet
Zmieńmy sposób przedstawiania informacji, nie wyszukiwania

W życiu in­ter­nauty przy­cho­dzi moment, kiedy może on z po­wo­dze­niem wstawić swoją prze­glą­darkę do au­to­startu, bo i tak w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści przy­pad­ków to ona uru­cha­miana jest jako pierwsza po starcie systemu. Co za tym idzie, zde­cy­do­wa­nie bliżej mu do paska wy­szu­ki­warki, gdzie szybko sprawdzi wszystko, nad czym się zawaha. Czasy, gdy in­sta­lo­wało się słowniki lub en­cy­klo­pe­die w formie apli­ka­cji powoli odchodzą w za­po­mnie­nie, a ich wersje książ­kowe za­czy­nają służyć nam jako wystrój wnętrz. Mówi się, że Wi­ki­pe­dia nigdy nie stanie się pewnym źródłem in­for­ma­cji, ale to wy­łącz­nie ona jest w stanie za nimi nadążyć.

Sam ob­ser­wuję u siebie syndrom po­wie­rza­nia wszyst­kich wąt­pli­wo­ści Google’owi. Choć wiem, że spraw­dza­jąc pisownię, wy­szu­ki­warka poprawi za­py­ta­nie na naj­czę­ściej używane, które nie­ko­niecz­nie musi być praw­dziwe. Prze­licz­nik walut będzie lekko odbiegał od kursów kan­to­ro­wych, a wbu­do­wany w nią kal­ku­la­tor może nie poradzić sobie z bardziej roz­bu­do­wa­nym rów­na­niem, to tak jest po prostu wy­god­niej i szybciej. Jeżeli nie uzyskam sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych wyników udaję się do wy­spe­cja­li­zo­wa­nych narzędzi na czele z wolframalpha.com Podobnie prze­cze­suję w starym stylu opisy stron, ponieważ nie mogę się przemóc do ostatnio wpro­wa­dzo­nego podglądu. Dopiero gdy pojawią się wąt­pli­wo­ści otwieram kilka z nich w nowych za­kład­kach, żeby spraw­dzić czy rze­czy­wi­ście tak jest.

To mój sposób na co­dzienne wy­szu­ki­wa­nie, ale Google stara się go jeszcze bardziej uprościć, wy­eli­mi­no­wać element wąt­pli­wo­ści. Do zestawu usług pre­zen­tu­ją­cych zmie­nia­jącą się w czasie rze­czy­wi­stym treść, która w opisach stron nie ma moż­li­wo­ści być aktualna, dołączył moduł po­bie­ra­jący dane o naj­bliż­szych lotach. Pod zmie­nia­jącą się treścią ukrywam także re­per­tu­ary kin i pogodę, ponieważ i te dane już możemy uzyskać wpisując proste za­py­ta­nie, którym de facto po­słu­ży­li­by­śmy się szukając tych rzeczy bez zważania na do­dat­kowe możliwości.

Nie moim zadaniem jest roz­trzą­sa­nie dzia­ła­nia al­go­ryt­mów Google’a, ale w szcze­gólny sposób potrafi on dołączyć choćby mapkę z za­zna­czo­nymi lo­ka­li­za­cjami, które mogą być przez nas szukane. Ponadto przy każdym wy­szu­ki­wa­niu oprócz kil­ku­na­stu innych czyn­ni­ków ana­li­zuje naszą lo­ka­li­za­cję i nie bez powodu wy­świe­tla­jąc ją po lewej stronie, próbuje przed­sta­wić nam wyniki za­adre­so­wane dla naszego obszaru. Wszystko to spro­wa­dza się wy­łącz­nie do ogra­ni­cze­nia ogromu in­for­ma­cji, jaki do nas dociera i wy­ło­wie­nia tego, co naj­traf­niej­sze. Nie ważne czy będzie to wła­ści­ciel ogrod­ni­czego za rogiem, czy agencja re­kla­mowa wynajęta przez pro­du­centa serków to­pio­nych, każdy z nich ma swoją grupę docelową i w głównej mierze to jej chce sprzedać swój produkt mając w tym swój udział.

Wy­szu­ki­warki nigdy nie odejdą w cień, jednak obok nich zaczyna rozwijać się grupa wzbo­ga­cona o pro­po­zy­cje spo­łecz­no­ści. Bo cóż z in­for­ma­cji gro­ma­dzo­nych przy wpi­sy­wa­niu za­py­ta­nia o naszej lo­ka­li­za­cji, jak Google naszego sąsiada, pana Zdziśka spod trójki traktuje tak samo, choć w prze­ci­wień­stwie do nas, woli wynająć czło­wieka, który skosi i zadba mu o działkę. Nawet do­głęb­nie ana­li­zu­jąc historię wy­szu­ki­wa­nia, algorytm może mieć problemy z okre­śle­niem potrzeb obiektu. Sprawa roz­wią­zuje się, gdy znajomi pana Zdziśka sko­rzy­stali z usług kon­kret­nej firmy, a nawet „polubili” jej fanpage. Google dzisiaj może to wywróżyć jedynie z fusów i szczerze wątpię, aby się to zmieniło za sprawą przy­ci­sku +1 (pytanie: kto będzie w niego klikał i czy Kowalski zauważy w tym korzyści).

Dopóki mamy ludzi two­rzą­cych treść, dopóty roboty Google’a będą prze­cze­sy­wały naj­ciem­niej­sze za­ka­marki sieci. Od po­le­ca­nia niech po­zo­staną znajomi pod postacią Fa­ce­bo­oka i Twittera, bo żaden algorytm nie będzie w stanie nas poznać na tyle dobrze, co oni. Tron Google’a po­zo­staje nie­na­ru­szony i wła­ści­wie nie mam zie­lo­nego pojęcia skąd tyle wody się wzięło na temat tak oczywisty.

Tagi: +1, Facebook, google, Twitter