Data: 20.10.2011 o 15:39 Kategoria: Internet

Yahoo! po prostu sobie nie radzi. Produkty, które nie wypaliły, problemy z wi­ze­run­kiem, zwol­nie­nie Carol Bartz (to także nie naj­lep­sze po­su­nię­cie PR-owe), straty, straty i jeszcze raz straty. Ame­ry­kań­ski, dawny gigant, ko­ja­rzony z bańką in­ter­ne­tową drugiej połowy lat 90′  zarabia i — co się z tym wiąże — wydaje coraz mniej. Trwają po­szu­ki­wa­nia nowego dy­rek­tora ge­ne­ral­nego i do tego czasu Yahoo! nie chce po­dej­mo­wać żadnych, dużych, biz­ne­so­wych decyzji. Niestety czas jest prze­ciwko „Gu­li­we­rowi” — jeśli firma nie zde­cy­duje się na ra­dy­kalne kroki może zbliżyć się do ban­kruc­twa w ciągu kilku lat. Czy tylko ja mam wrażenie, że Yahoo! nikt nie bierze na poważnie?

Jak to wszystko się zaczęło?

Yahoo! najpierw dotknął kryzys wi­ze­run­kowy, związany z kilkoma wy­da­rze­niami, które na­stą­piły w krótkim okresie czasu. Po pierwsze Yahoo! wpro­wa­dziło opłatę za dodanie strony do katalogu. Strona taka nie była wy­róż­niana w żaden sposób w wynikach wy­szu­ki­wa­nia — w Google było i jest inaczej (beżowe tło dla AdSense). Po drugie — co naj­waż­niej­sze — Yahoo! zaczęło współ­pra­co­wać z chińskim rządem i wydało mu trzech dzia­ła­czy opo­zy­cyj­nych: Shi Tao (ujaw­nia­nie tajemnic państwa środka), Li Zhi oraz Wang Xiaoning (na Yahoo Group pro­wa­dził dziennik, w którym na­wo­ły­wał do de­mo­kra­ty­za­cji swojej ojczyzny).

Shi Tao (na zdjęciu) został aresz­to­wany po tym, jak Yahoo! wydało go rządowi Chińskiemu

Yahoo! zostało oskar­żone także o re­kla­mo­wa­nie pro­gra­mów spyware, które po in­sta­la­cji na kom­pu­te­rze użyt­kow­nika prze­sy­łały dane do firmy. Gigant wy­świe­tlał takim osobom bardziej sper­so­na­li­zo­wane reklamy, zarabiał więcej i wy­cho­dził na tym lepiej. Niestety użyt­kow­nicy nie byli za­chwy­ceni faktem, że ktoś upycha im spyware na dyskach twardych.

Nieudana fuzja z Microsoftem w roku 2008

W lutym 2008 roku Mi­cro­soft zechciał kupić portal i za­pro­po­no­wał Yahoo! kwotę 33 mi­liar­dów dolarów. Z ujaw­nio­nego później przez firmę listu do­wie­dzie­li­śmy się, że suma była według Yahoo! za­ni­że­niem fak­tycz­nej wartości rynkowej firmy (ko­men­ta­to­rzy tamtych wydarzeń twier­dzili, że fak­tycz­nie tak było) — Yahoo! zażądało 37 mi­liar­dów dolarów na co nie chciał zgodzić się Mi­cro­soft. Osta­tecz­nie w maju 2008 roku Gigant z Redmond ofi­cjal­nie ogłosił, że nie zamierza przejąć Yahoo!. Jerry Yang pogryzł się nieco ze Stevem Bal­l­me­rem i to by było na tyle — trans­ak­cja nie doszła do skutku, bo Mi­cro­soft żałował kasy, a Jerry Yang tak wła­ści­wie nie wiedział, czy chce sprzedać Yahoo! czy nie. Za­py­ta­cie: „Jak to nie wiedział, skoro wystawił firmę na rynku?”.

Steve Ballmer pokazał Jerry’emu Yangowi język i wycofał się z oferty

Otóż niedługo po całej sytuacji stwier­dził on w liście, że cieszy się z postawy swoich pra­cow­ni­ków, którzy nie ugięli się pod presją dużej, ze­wnętrz­nej firmy. Wyraził on także radość z faktu, że ak­cjo­na­riu­sze skry­ty­ko­wali Mi­cro­soft; po ryn­ko­wych roz­mo­wach zro­zu­miał, że jego portal jest uni­ka­towy, a on sam ma ważną misję — trans­for­mo­wać go w coś jeszcze lepszego. Wychodzi więc na to, że Jerry Yang był po prostu niepewny przy­szło­ści Yahoo!, a oferta Mi­cro­so­ftu i nieudana trans­ak­cja po­zwo­liła mu się zde­cy­do­wać. Jak się dzisiaj okazało, Steve Ballmer cieszy się nie­zwy­kle z faktu, że deal nie doszedł do skutku — o czym nieco niżej.

Yahoo! pomysłów jak nie miało, tak nie ma

Za­dzi­wia­ją­cym jest fakt, że Yahoo! robi wciąż dobrą minę do złej gry. Pomijam już masę nie­po­trzeb­nych tworów tego giganta, ale pomimo „kumatego” zarządu, firma nie potrafi podnieść się z kolan i za­pro­po­no­wać użyt­kow­ni­kom czegoś uni­ka­to­wego. Takim czymś był De­li­cious — serwis po­zwa­la­jący na dzie­le­nie się pomiędzy użyt­kow­ni­kami prze­róż­nej maści stronami in­ter­ne­to­wymi. W Polsce portal ten chyba nigdy na dobre się nie za­do­mo­wił (my zresztą mamy Wykop, klon ame­ry­kań­skiego Digg’a i nam De­li­cious się po prostu nie widział). Z De­li­cious było ciekawie, bo twór ten jest nie­ak­tu­alny w dzi­siej­szych realiach i pasuje do konceptu sieci Facebookowo-blogowo-googowej jak pięść do nosa. Ktoś tam go jeszcze używa, ale ge­ne­ral­nie Yahoo! po­sta­no­wiło się go pozbyć. Projekt został ura­to­wany przez twórców YouTube. Yahoo zamknął także My­Blo­gLog i kilka innych, dobrych pro­jek­tów (cho­ciażby Brief­case, który pozwalał prze­cho­wy­wać pliki na ser­we­rach Yahoo)

Yahoo! nie ma pomysłów, trwa w sta­gna­cji, a myślami jest jeszcze gdzieś w latach świet­no­ści, kiedy to za akcje tej firmy płacono prawie 50 dolarów. Obecnie firma nie re­pre­zen­tuje sobą nic, nie mamy ochoty patrzeć w jej kierunku, nic w ostat­nich latach cie­ka­wego nie za­pre­zen­to­wała. Kon­ku­ren­cja nie śpi, Google świętuje triumfy, Mi­cro­soft się stara (i nawet nieźle sobie radzi), a Yahoo! coś tam struga, ale chyba tylko głupka. Gdyby prze­nieść całą sytuację na realia pia­skow­nicy, to Google robi prze­piękne babeczki z piasku, Mi­cro­so­ftowi czasem się one nie udają, a Yahoo siedzi w rogu i na dodatek za­po­mniał foremek.

Carol Bartz (na zdjęciu) została zwol­niona z Yahoo! bo nie była wi­zjo­nerką. Współ­pra­cow­nicy ponadto nie­spe­cjal­nie ją lubili, gdyż była porywcza.

W 2009 roku firma Yahoo! za­trud­niła na sta­no­wi­sko dy­rek­tora ge­ne­ral­nego pierwszą kobietę — Carol Bartz. Była dobrą ad­mi­ni­stra­torką, wy­pro­wa­dziła firmę z małego kryzysu (zamknęła nie­ren­towne projekty warte ponad — bagatela — 4 miliardy dolarów), ale brak jej było tego czegoś. Nie była wi­zjo­nerką, nie po­tra­fiła za­pro­po­no­wać nowych pro­duk­tów czy funk­cjo­nal­no­ści serwisu, na tyle dobrych, aby kon­su­menci chcieli z nich ko­rzy­stać. W momencie zwol­nie­nia Bartz we wrześniu tego roku (przez telefon) nastąpił skok wartości akcji na giełdzie. Widać in­we­sto­rzy liczyli na takową decyzję. Carol Bartz nie udało się podnieść firmy z kolan; w tym momencie Yahoo! zaczyna pod­pie­rać się już jedną ręką.

Yahoo! notuje straty, ale według analityków "nie jest tak źle"

Wczoraj ogło­szono wyniki fi­nan­sowe Yahoo!. Nie jest dobrze, moim zdaniem jest bardzo źle, ale ana­li­tycy twierdzą, że mogło być o wiele gorzej. Yahoo! straciło 24% dochodów, koszty sprze­daży spadły niemalże o 48%. Przy­chody z wy­szu­ki­wa­nia spadły z 838,70 do 466,79 mln dolarów, koszty ope­ra­cyjne wyniosły 7% mniej zaś na ad­mi­ni­stra­cję wydano 9,5% mniej niż rok temu.

Jerry Yang — jeden z za­ło­ży­cieli Yahoo!

Aż chce się rzec: „Quo Vadis Yahoo!?” Nawet Steve Ballmer sko­men­to­wał straty notowane przez ame­ry­kań­ską firmę. Podczas kon­fe­ren­cji Web 2.0 Summit padło pytanie do­ty­czące ryn­ko­wych pro­po­zy­cji skła­da­nych przez Mi­cro­soft w 2008. Ballmer od­po­wie­dział: „Czasem jesteś szczę­ścia­rzem”. Teo­re­tycz­nie Bal­l­me­rowi chodziło o to, że niedługo po od­rzu­ce­niu oferty przez Yahoo! nastąpił „Wielki Kryzys”, ale ko­men­ta­to­rzy twierdzą, że CEO Mi­cro­so­ftu po prostu nie chciał urazić swojego partnera biz­ne­so­wego (silnik Binga od dzisiaj ofi­cjal­nie napędza wy­szu­ki­warkę na wi­try­nach Yahoo) — każdy wie, że chodzi o spadki jakie za­no­to­wała firma ko­ja­rzona z bańką internetową.

[ź] zdj: computerweekly.com

Tagi: analiza, biznes, historia, microsoft, yahoo