Wszystkie grzechy WiMP-a

Kilka dni temu WiMP postanowił wkroczyć do Polski z otwartą betą. Wraz z Maćkiem Wilczyńskim postanowiliśmy sprawdzić, czy ta aplikacja wyprze obecne już na rynku polskim usługi. Jakie wnioski nasunęły się nam po testowaniu aplikacji? Przeczytajcie sami.

 

Pierwsze wrażenie – czyli Google Wave, era post PC i zatrute powietrze

Mateusz Kowalski: WiMP wyskoczył tak ni z tego, ni z owego. W zasadzie dowiedziałem się o nim przez informację, którą ktoś rzucił na Facebooka. Żeby było jasne – do niedawna nie przepadałem za serwisami muzycznymi typu Spotify. Dopiero kilka tygodni temu nawróciłem się na Deezera, który świetnie zastępuje YouTube. No to? Wchodzę na http://wimp.pl, czytam, że beta, że och i ach. Średnia marketingowa pulpa. No to ściągam, wpatrując się cały czas w logo… które wygląda jak przeróbka loga ś.p. Google Wave. Wraz z nazwą (ang. słabeusz) niezbyt mnie to pozytywnie nastroiło.

Maciej Wilczyński: O WiMP-ie słyszałem już bodajże w listopadzie. Pamiętam, że pojawił się o nim artykuł na Chipie, jednak był on tak niefortunnie sformułowany, że wynikało z niego, że dostęp do bety otrzymają tylko osoby, które pojawią się na konferencji XYZ. Dopiero kilka dni temu, gdy napisałeś o WiMP-ie na Twitterze, przypomniał mi się ten serwis. Zarejestrowałem się więc (z iPhone’a oczywiście, post PC pełną gębą!) i utknąłem. SMS przyszedł szybko, nie więcej niż 30 sekund po rejestracji, jednak samo to, że musiał przychodzić, jest dość nieciekawe. Nie rozumiem, w jakim celu numer telefonu wymagany jest do rejestracji. Lecz utknąłem przez coś innego — nie mogłem znaleźć odnośnika do aplikacji dla iOS. W e-mailu była o niej wzmianka, tak samo na obrazku nad formularzem rejestracji. Linka jednak nigdzie. Musiałem więc wchodzić do App Store, wyszukać ją po nazwie i dopiero wtedy pobrać. To niefajne.

Dopiero wtedy zorientowałem się, że WiMP nie jest ani nową, ani nawet polską marką. Działa on już na rynku europejskim, a do Polski wchodzi w ramach „globalnej ekspansji”. Ciekawe, czy ma to jakiś związek z nadchodzącym debiutem Spotify…

MK: Ten SMS to faktycznie lekki ból. Mnie bardziej zaskoczyło kilka innych rzeczy. Po kolei: nigdzie nie było informacji, że aplikacja dostępna jest na Windows Phone. Owszem, na screenie w mailingu był telefon ze znajomymi kafelkami, ale wszędzie tylko poczciwy iOS i Andek. Druga sprawa: nie wiedzieć czemu, twórcy postanowili, że aplikacja będzie działać na Adobe Air. Czyli, co? Third-party po to, żeby apka muzyczna z konkurencją możliwą do działania w przeglądarce (!) ruszyła na komputerze? Nie. Nie spodobało mi się to. Do tego jeszcze jednak pewnie wrócimy.

Nie jest lepiej w przypadku aplikacji na WP7.5, w której po uruchomieniu muszę wybrać kraj i mam: Niemcy, Norwegię, Danię i Szwecję. Z miłości do norweskiej muzyki wybieram ten drugi kraj i… nie mogę się zalogować. Bad credentials error. I tak przy każdym kraju. No to ja dziękuję – dlaczego w takim razie aplikacja jest dostępna w moim regionie? W dodatku – masz rację. Logowanie przez numer telefonu jest absurdalne, bo co, jeśli go zmienię? Cała baza mi przepadnie? Aż boję się zastanawiać nad tym, czy w ogóle wprowadzono wsparcie dla takiej migracji…

MW: W wersji dla iOS mogłem wybrać również nasz piękny, wspaniały, wódką i trotylem płynący kraj. Pewnie aplikacja dla WP doczeka się aktualizacji dopiero za jakiś czas (coś w tym może być…).

MK: Może, a może nie. Znając podejście większości developerów do WP… Mniejsza z tym. Lepiej powiedz, czy tobie udało się odpalić to na jabłkofonie.

MW:
Wersja dla iOS napisana jest średnio. Jak pisałem, na liście była Polska i z logowaniem nie miałem żadnych problemów. Zalogowałem się więc i rozpocząłem eksplorowanie aplikacji. Działa dobrze, płynnie i tak, jak powinna. Jednak na detale, które – według niektórych – są najważniejsze, przy tworzeniu jej zdecydowanie nie zwracano uwagi. Po zalogowaniu do last.fm nie jestem przenoszony do poprzedniego ekranu, tylko muszę sam kliknąć przycisk „Wstecz”. Niby szczegół, jednak przeszkadza. Ale to można darować, w końcu do last.fm logujesz się tylko raz.

 

Ładnie, nieczytelnie i z dużą dozą lukru

MW: Niemniej, w wersji dla iPada bardzo, bardzo denerwuje sposób, w jaki wyświetlana jest zawartość albumu. Załóżmy, że wyszukujesz swojego ulubionego artystę. Wpisujesz nazwę w wyszukiwarce i z listy wybierasz interesujący Cię wynik. Fajnie, działa, ale nie otwiera się jako nowy widok, a jako tzw. toplayer, czyli zmniejszony fragment widoku pojawiający się na tle rozmytego lub zaciemnionego widoku wyszukiwania. To także byłoby do zaakceptowania, gdyby nie to, że po wybraniu piosenki, którą chcemy odtworzyć, otwarciu widoku odtwarzacza i wycofaniu się z niego, aplikacja ponownie otwierała ów toplayer, a nie ekran/widok, w którym rozpoczęliśmy wyszukiwanie (nawet nie wyniki!). Oprócz tego denerwuje też mnogość różnorodnych ekranów odtwarzania – wspomniany toplayer z widokiem artysty, kolejny z widokiem albumu, widok klasycznego odtwarzacza oraz „miniplayer” znajdujący się przez cały czas korzystania z aplikacji na dole ekranu to o kilka pozycji za dużo. Jeśli jednak miałbym ocenić działanie aplikacji i jej wygląd, pomijając kwestie wygody, użyłbym słowa poprawna.

MK: Z aplikacją na Windowsa nie jest lepiej. Przede wszystkim – wspomniany Adobe Air. Aplikacja przez to ładuje się niemiłosiernie długo, a jej działanie pozostawia miejscami sporo do życzenia. Na wstępie jesteśmy atakowani miksem bieli i fioletu. Całość może i wygląda przyzwoicie (z chęcią bym to zobaczył na OS X na oddzielnym pulpicie), ale niezbyt zachęca. Przede wszystkim – jakość tłumaczenia wymaga poprawek. Albo inaczej: wymaga copywritera (choć jak widzę „EP’ka”, to robi mi się słabo, bo tutaj powinien być raczej myślnik). Mniejsza o kwestie językowe – z wyszukiwaniem jest ten sam ból. Masa wyskakujących okienek, które trochę męczą. Jest w zasadzie jedno okno (żadnego mini-playera – zgroza!). Wizualnie – tona lukru: jakieś bezszeryfowe czcionki, kerning, tła, rameczki itd. – przy tym Deezer wygląda jak składak z pierwszego lepszego HTML 4. Lubię te barwy, ale tutaj jestem na nie. Problem w tym, że nie przekłada się to na intuicyjność, której tu zwyczajnie brak.

MW: Nigdy nie lubiłem Adobe Air. Mimo tego, że jestem właściwie fanem produktów Adobe i nie wyobrażam sobie pracy bez nich, to jednak Air jest dla mnie tzw. desktopowym Flashem. Wydajności za grosz, z punktu widzenia dewelopera również niezbyt przyjazny, jednak ma jedną, wielką zeletę: jest multiplatformowy. Tworzysz jeden kod, który tak samo działa i wygląda na wszystkich wspieranych przez Air platformach. Świetne dla mniejszych aplikacji, lecz niezbyt dobre dla większych, bo konieczność instalowania oprogramowania, by zainstalować oprogramowanie może Kowalskiego (no offense, Mateusz) odstraszyć. Dla firmy wielkości WiMP stworzenie kilku aplikacji nie powinno być problemem. Z drugiej strony, jeśli mieliby stworzyć np. tylko aplikację dla Windowsa, ew. OS X, to już chyba lepiej, by zrobili w multiplatformowym Airze, prawda?

MK: Zauważ, że w tym momencie szlag trafia inne niż OS X dystrybucje Unixowe. Na Ubuntu nie polecisz… Skoro stać ich na stworzenie kilku aplikacji, to powinno być ich stać na stworzenie przynajmniej trzech podstawowych dystrybucji desktopowych: Windows, OS X i na choćby – wspomniane – Ubuntu.

MW: Dokładnie o to mi chodzi. Wracając jednak do twojej poprzedniej wypowiedzi… Wygląd: nie wpasował się w mój gust. Zdecydowanie wolę mniej cukierkowatości i poszedłbym bardziej w surowość i prostotę form. Bez zawijasów i innych kółeczek. Intuicyjność: zerowa. Przez kilka minut w wersji Air szukałem sposobu na dodanie albumu do ulubionych. Tłumaczenie: po 30 sekundach od włączenia miałem już dwa błędy („statnie piosenki” i coś jeszcze). Do poprawy, zdecydowanie.

MK: No to chyba się zgadzamy: program odpada w przedbiegach przy konkurencji, jeśli chodzi o intuicyjność. W dobie prostoty jest przesadzony. Nawiasem mówiąc: jest też skonstruowany nielogicznie. Są gdzieś jakieś szczątkowe informacje o płatnościach, ale ciężko doszukać się tam możliwości kupienia czegokolwiek. Koszmarnie jest to zrobione – zwłaszcza, że to beta polskiej wersji, a nie całości. Do meritum jednak.

 

Z pustego i Salomon nie naleje

MK: Na WiMP-a patrzyłem jednak przede wszystkim w kontekście tego, co może mi zaoferować.Pominąłem mainstream – Lady Gaga wylewa mi się z każdego miejsca, trzeba było więc sprawdzić zasoby pod innym kątem. Szukam: Kaizers Orchestra (zacznijmy od lekkiego kalibru). Jest. Skambankt? Jest. Cyaneed? Jest. Czyli: dobrze, norweska wersja się sprawdza w Norwegii. Devil Doll – ani jednego, ani drugiego nie ma. Qntal – tyle, co w Deezerze (czyli jeden album i EP…). Zaczyna być średnio. Deine Lakaien – skądinąd dość popularne – trzy albumy na krzyż, singiel i koncertówka? Deezer ma całość.

Dziękuję. WiMP padł w tym momencie. Baza – może i bogata, ale wciąż ma dużo do rozwinięcia. I nie chodzi o mój gust muzyczny, ale o fakt, że jest po prostu wybrakowana. Puszczam jednak utwór – nawigacja po playerze ujdzie, ale pop-up informujący o kolejnym utworze, który się właśnie odtwarza jest STRASZNIE irytujący. Duży, czarny kleks. Nie, moi drodzy. Nie tędy droga.

MW: Już kiedyś wyraziłem swoją opinię na temat muzyki, jakiej słuchasz (były to dwa znaki: :o), więc fakt, że nie ma jej w zasobach WiMPa, nie jest dla mnie specjalnie trudny do strawienia. Sam nie słucham mainstreamowej muzyki. Najpopularniejsze zespoły w mojej kolekcji to Three Days Grace, Papa Roach i Alter Bridge. Zacząłem więc od wyszukania właśnie ich. Alter Bridge – jest cały. Papa Roach – brakuje ostatniego albumu (z października 2012). Three Days Grace – identycznie, jak w przypadku Papa Roach. Też brakuje albumu z października br. Wyszukuję Creed – wszystko jest.

Trafiłem dziś na zespół o nazwie Shinedown. Postanowiłem go więc posłuchać, toteż udałem się do WiMPa. Wpisuję nazwę, wybieram, sprawdzam listę albumów z Wikipedią – wszystko jest, łącznie z najnowszym krążkiem, wydanym w marcu 2012 r. Reasumując, WiMP posiada w swoich zasobach muzykę, która trafia w moje gusta, jednak ma spory problem z najnowszymi albumami. Szkoda, bo jeśli pojawia się album zespołu, którego nie jestem wielkim fanem, to chciałbym go przesłuchać przed kupnem. A nie będę na to czekał kilka miesięcy.

MK: Dokładnie. Tutaj WiMP średnio wyrabia. Generalnie – wszystko, jak dla mnie, jest tu na pół gwizdka. Jest średnio intuicyjnie, średnio ładnie i, co gorsza, średnio jest też z aktualizacjami. Aspekt społecznościowy – który bardzo odpowiada mi w Deezerze – tutaj również pada (ale to głównie ze względu na brak użytkowników). Nie wiem, czy jest dla niego miejsce w Polsce.

 

Jak odtwarzać, WiMP-ie?

MW: To, czy WiMP przyjmie się w naszym kraju zależy tylko od dwóch czynników. I nie chodzi ani o intuicyjność, ani o zasoby (przynajmniej dopóki będą najnowsze albumy Biebera i One Direction): reklamy i ceny. Nie wiadomo, jak będzie wyglądała sytuacja zarówno z pierwszym, jak i z drugim czynnikiem. W Szwecji koszt subskrypcji Premium wynosi 99kr, czyli ok. 50 PLN. To dużo. Jeśli końcowa polska cena będzie w tych granicach, to klienci będą mieli uzasadniony powód, by skorzystać z Deezera lub Spotify. Nikt nie chce wyrzucać pieniędzy w błoto.

MK: A tutaj nie wygląda to po prostu zachęcająco. To, czym WiMP powinien, moim zdaniem, zawalczyć, to właśnie cena i po drugie, usability. Dużo osób, które znam, narzeka na chaos w Deezerze. W Spotify podobno też z tym nie ma cudów. Tutaj, niestety, twórcy popełniają te same grzechy – i, jak dla mnie, bez płaczu pożegnam się z tą usługą.

MW: Ńic dodać, nic ująć. Ze mną jest jeszcze tak, że nie jestem fanem „wypożyczania” muzyki. Nie chodzi o streamowanie, bo przez dłuższy czas korzystałem z Google Play Music, a o fakt, że jeśli chcę słuchać muzyki, to muszę mieć ją legalnie na swoim dysku lub przynajmniej wiedzieć, że w każdej chwili mogę ją pobrać. WiMPa nie wrzucę na MP3-kę i nie pójdę z nim do miasta. Gdy tylko mogę, staram się ograniczać słuchanie muzyki z telefonu z powodu baterii. To był jeden z powodów, dla których zrezygnowałem z Deezera. Nie wiem, w jaki sposób WiMP mógłby zmienić mój stosunek do tego typu usług.

MK: Chyba nie może i już.