Galaxy Nexus – wiktoriańska dama pełną turniurą

Przez ostatnie półtora tygodnia miałem przyjemność męczyć jedno z najnowszych dzieci z linii Galaxy. Nexus Prime, jak się okazało, to telefon praktycznie dla każdego… pod warunkiem, że odpowiednio go skonfigurujemy. Ale i na narzekania przyjdzie czas. Na razie wystarczy powiedzieć – jest dobrze. Wręcz świetnie.

Jaki duch siedzi w maszynie?

Ano, potężny. Kilka danych na dzień dobry:

  • Procesor: dwurdzeniowy 1,2 GHz, całość wsparta 1 GB RAM z wbudowanym 16 (w przypadku mojego modelu) lub 32 GB (i, nie, nie ma miejsca na kartę SD);
  • Ekran: spory, tego się nie da ukryć: 4,65″ (Galaxy S 4,27″ gwoli przypomnienia) z rozdzielczością 720×1280 px i 16 mln kolorów. Do tego Super AMOLED, tradycyjnie już multitouch;
  • Aparat: 5 MPx (tył)/1,3 MPx (przód), LED, autofocus, geotagging, detekcja twarzy i maksymalna rozdzielczość nagrywania 1920×1080 px;
  • OS: Android 4.0.2;
  • Bateria: Li-ion 1750 lub 1850 (LTE) i… brak danych co do przewidywanego czasu rozmów/czuwania.

Jak widać – mordercze toto stworzonko. Dziwi tylko trochę słaby aparat w porównaniu z tym, co prezentuje choćby SGSII, ale, w gruncie rzeczy, producenci najwyraźniej przypomnieli sobie , że telefon ma służyć przede wszystkim do dzwonienia i do innych form kontaktu z ludźmi. Reszta – w zasadzie high-end. Cud, miód i orzeszki na papierze. Pytanie tylko, czy poza tym również…

Mirror, mirror on the wall…

Przede wszystkim – Nexus gabarytowo wygląda niczym pomost pomiędzy linią Galaxy S, a Galaxy Note. Niby to nie kwalifikuje się do reklamy “feel free, it’s Galaxy Note”, ale, z drugiej strony, aż do końca testów bałem się pisać wiadomości jedną ręką – nie daj Boże wypadnie, zresztą było to średnio wygodne (za to, dla porównania, pisanie obiema rękami, w układzie horyzontalnym, to bajka). Zresztą – sami popatrzcie (a dłonie mam duże):

nexus_test_2

Spore toto. A, w dodatku, ekran zajmuje lwią część – Samsung nie marnował nawet miejsca na przyciski. Z lewej strony obudowy można dostrzec tylko regulację głośności, z prawej – wyłącznik i port do stacji dokującej. Na górze – nic, na dole – wejście USB oraz wejście do słuchawek. Co do ekranu – nie jest to Gorilla Glass, ale w technologii chyba coś podobnego: ekran jest odporny na zarysowania, łapie kurz niemiłosiernie, ale też bez problemu się go czyści – nawet z bardziej tłustych plam.

Wracając jeszcze na chwilę do obudowy – pomijając wielkie logo Google (które wygląda trochę jak kpina z jabłka w iPhonie), całość została opakowana w plastik imitujący skórę. Tył jest chropowaty, nieźle się go trzyma nawet w spoconej ręce, jednak nie jestem do końca przekonany co do trwałości materiału (a wolałem nie testować). Mimo wszystko – design na piątkę.

Reakcja na dotyk? Bajka – telefon nie jest przewrażliwiony, nie walić palcem po ekranie, żeby coś załapał i nie ma syndromu błędnych pikseli. Do tego dorzućmy ich praktyczną niewykrywalność i można już się patrzeć godzinami. Oglądanie filmów, czy też surfowanie, jeśli chodzi o wygląd, jest czystą przyjemnością. Uwaga: kolega (jabłkofonowiec pełną gębą) narzekał, że ekran jest dziwnie niebieski (ale zwalam to na ustawioną – nawiasem mówiąc świetnie działającą) adaptacyjną jasność ekranu i fabryczne ustawienia wyświetlacza. Sami zresztą ocenicie po screenshotach.

Usability

No dobra, skoro nie ma przycisków, nawet jednego (co zaskakuje, biorąc pod uwagę zwyczajowe 3 w telefonach od koreańskiego producenta), to jak tego używać? Okazuje się, że po włączeniu telefonu przyciski wyświetlane są na dole. Żadna to strata, bo zajmują one niewielką część interfejsu, a w razie potrzeby – znikają.

Co do samego Androida – cóż, Ice Cream Sandwich tak naprawdę nie zrewolucjonizował myślenia o tym systemie. Trochę zmieniono niektóre ikony/nazwy, całość stała się ciut bardziej intuicyjna (dodawanie widżetów ma miejsce z pozycji drugiej zakładki w menu, co do reszty), Android Market zgodnie z nowymi wytycznymi zmieniono na Google Play, ale, tak naprawdę, to kosmetyka. Bardziej irytującym elementem był import kontaktów (przepraszam, nie mam w zwyczaju wyrzucać swojej skrzynki adresowej do Google), a ręczne dodawanie… cóż, w końcu dało się bez wklepywania, ale nie powiem, by była to jakaś przyjemność. Bardziej irytujący jest brak możliwości synchronizacji kontaktów z tymi z Facebooka (a przynajmniej mi nie udało się dostać do takiej opcji, mimo spędzenia długiego czasu nad konfiguracją telefonu). Jest to pewnie i logiczne (w końcu to Microsoft dobrał się do firmy Zuckerberga), jednak niezbyt logiczne, biorąc pod uwagę popularność serwisu. Mniejsza z tym – to nie miejsce na takie dywagacje.

Niemniej – wszystko śmiga aż miło. Mimo minimalizowania sterty aplikacji (standardowo w tle były odpalone: Facebook, Facebook Messenger, Twitter, WhatsApp, GetGlue, Foursquare, Google Play, przeglądarka internetowa, player mp3 oraz, od pewnego momentu, Instagram + zwykle Defender II jako odmóżdżacz) telefon ani na chwilę nie zwolnił. Zero przycinania się, problemów z wyświetlaniem. Niestety, w pewnym momencie dwa razy wyskoczyło mi nagłe zamknięcie aplikacji. Co do wspomnianych na facebooku problemów: nie miałem problemów z multitouchem, o głośności później, system plików jakoś też nie wariował, a zasięg to to miało lepszy z włączonym 3G/HSPA niż Wave na sztywnym 900/1800.

Zabić Andka

No to skoro jest tak dobrze, to jak można sprawdzić, na ile? Benchmark – i tu zaskoczenie. Po kilkudniowym mieleniu telefonu AnTuTu dało mi wynik 4651. P0 pełnym naładowaniu baterii i restarcie telefonu… sami zobaczcie:

A ja próbowałem dobić ten telefon, włączając w pewnym momencie najbardziej zamulające system gry i aplikacje… Nie da się. Zwykły użytkownik (czy raczej: użyszkodnik) po prostu go nie zmęczy – i to jest duży atut. Przegrzewa się minimalnie (po kilku godzinach grania) i tylko jest jeden problem.

Wiktoriańska dama

Parafrazując (niestety, nie ma przy sobie książki) wypowiedź Księżniczki z “Kedrigerna i wilkołaków” Johna Morressy – “blask księżyca oślepia, a byle muśnięcie motylich skrzydeł otumania”. Innymi słowy – byle co, a telefon zaczyna żreć baterię jak Obeliks dziki. Średnio raz dziennie byłem zmuszony go podpiąć na kilkadziesiąt minut, żeby dotrwał do wieczora. Co prawda przy minimalnym korzystaniu spokojnie można go uciągnąć od rana do wieczora, jednak napis “podłącz ładowarkę” wyświetla się przynajmniej raz dziennie. Taki to urok – Nexus jest śliczny w swej prostocie, dizajnersko-minimalistyczny, i, naprawdę, byłem zachwycony, mogąc z niego korzystać, ale delikatny, co dama z XIX w. Po prostu Verizon ma 100% racji, dodając gratis drugą baterię przy zakupie telefonów. Ciekawe, kiedy u nas ktoś na to wpadnie.

Papa… paparazzi

W kwestii rozrywki ten telefon jest… cóż. Z jednej strony bardzo dobry, a z drugiej – miejscami zaskakuje. I to średnio pozytywnie. Najpierw muzyka.

Odtwarzacz jest, jaki jest. Średnio intuicyjny, przy odpalaniu jednej mp3 zdarzało się, że na tej jednej się kończyło i trzeba było jeszcze raz puszczać kawałek. Oczywiście – mogłem zainstalować WinAmpa, ale bez przesady. To, co znajduje się na dzień dobry, w świecie idealnym powinno wystarczyć na wstępie. Tu – problemów większych poza wspomnianymi nie było, poza tym przywykłem do interfejsu, który (póki nie próbuje się nawigować między utworami) jest całkiem całkiem.

Jakość dźwięku też jest niezła, ale po przerzuceniu się z słuchawek (które, nawiasem mówiąc, polecam odłożyć na bok i wziąć porządne) na głośnik, siła nie jest za duża. Ot, takie nie wiadomo i co (mój Wave S723 jest bardziej donośny). Mniej miłe zaskoczenie czekało mnie przy poszukiwaniu standardowego radia FM – nie ma go.

Po prostu niet i już. Że what?

Aparat? Ano, działa i to zacnie. Świetnie sobie radzi ze zdjęciami w dzień:

[nggallery id=61]

…niestety zoom na maksa to już problem:

img_20120331_144711

W nocy i w oświetlonych wnętrzach to lepiej sobie odpuścić…

[nggallery id=62]

Zresztą, nie spotkałem jeszcze telefonu mogącego konkurować z lustrzanką. Nexus jest w sam raz do cykania zdjęć na Instagram, zrobienia sobie ekranu kontaktu i casualowe fotki z wycieczki, ale, jak każdy telefon, nie zastąpi normalnego aparatu fotograficznego.

Kamera? Działa, i to sprawnie:

Dla kogo?

I tu jest problem – bo, że Nexus to bardzo dobry telefon, którego niedoróbki można szybko wybaczyć, to pewne. Galaxy S to linia już ustalona, fani iPhone’ów nie przesiądą się z nich za nic (z drobnymi wyjątkami, które “kupił” Galaxy SII po premierze). Logo Google, z marketingowego punktu widzenia, może narobić tyle złego, co dobrego, bo na rynku komórek liczy się przede wszystkim OS, a Androida ma kilkadziesiąt procent rynku. Nie jest to też telefon biznesowy (jak Note), choć, po odpowiedniej konfiguracji, mógłby do tego służyć. Barierą przeciw społecznościówkom jest problem synchronizacji kontaktów z facebookiem.

Wychodzi na to, że Nexus to telefon albo dla fanów Google’a, albo dla tych, którzy po prostu chcą mieć smartfona w pełni konfigurowalnego, bez dodatkowych elementów na starcie. Smartfona, dodajmy, który świetnie się sprawdza na co dzień i nie jest na dzień dobry predestynowany do pełnienia konkretnej funkcji. Ale i bez tych założeń jest to słuchawka, którą grzechem byłoby pominąć przy zastanowieniu się nad zakupem nowego telefonu – jest ładny, funkcjonalny i po prostu dobry. A zatem – brać, bo jest co. Nexus nie wypełnia żadnej niszy, ale robi swoje jak należy. Można powiedzieć, że Google wreszcie udał się telefon – w dużej mierze dzięki doświadczeniu Samsunga.