Nikongate i tony bullshitu

Pierwotnie miałem nie pisać nic na temat afery rozpętanej przez wpis Segritty. Powód? Wszystko, co można było powiedzieć po obu stronach barykady, zostało już powiedziane. A tu – bing! Minęło już kilkadziesiąt godzin, a temat dalej stanowi miejscami punkt zapalny w blogosferze i wokół niej. A, skoro jestę blogerę, to (też) się wypowię. Co mi tam.

 

Spójrzmy prawdzie w oczy: blogerzy sami sobie wypracowali poniekąd wizerunek świętych krów internetu (czy też raczej internetów). W Polsce garstka blogerów (choć sformułowanie “garstka” jest eufemizmem – patrząc na listę uczestników Blog Forum Gdańsk, które okazuje się być swoistą Mekką dla każdego, kto istnieje w sieci/chce w niej zaistnieć) zdominowała pewien rynek opinii. Mamy różnych specjalistów – od szafiarek przez (domorosłych) politologów-ekonomistów, skończywszy na technokratach, którzy nie zawsze są do końca takimi technokratami.

Kim w zasadzie, na potrzeby blogowej taksonomii, jest Segritta? Matylda akurat ma to nieszczęście, że nie postanowiła wchodzić do szafy, tylko po prostu zaczęła prowadzić bloga. Z sensem. Zadziwiające, prawda? Osobisty blog, w którym są poruszane czasem prywatne, a czasem ogólne tematy nie tylko przebił się do świadomości internautów, ale w dodatku pozwolił autorce zostać tym, kim obecnie jest. Osobą rozpoznawalną, której zdanie czytają liczni subskrybenci.

Teraz kolejny element tej całej układanki: Seg miała Nikona. Nikon się był spsuł. No, zdarza się. Nic nie jest wiecznie, a osobiście mam niejasne przekonanie, że producenci już dawno do perfekcji opanowali sposób na produkcję rzeczy, które automatycznie się psują po okresie gwarancyjnym (np. taki mój laptop wygląda jakby przetrwał jakąś apokalipsę zombie). Co zrobiła Seg?

To, co każdy z nas. Coś się pali, wali – najlepszym miejscem do podzielenia się tym był niegdyś blog (i nie mówimy tu o zamierzchłej przeszłości), obecnie są tzw. socjale. Popatrzmy choćby na potężny bałagan na linii Michał Górecki – ZTM Warszawa. Najpierw okazało się, że Goo wpadł na mockup w postaci nieoficjalnego profilu, który potraktował to z buta. Chwilę potem dyskusja przeniosła się na jedną z grup na Facebooku, dołączyło do niej szersze grono osób i po jakimś kwadransie mojej nieobecności przy komputerze dyskusja rozwinęła się w kilometrową dysertację pisaną wspólnymi siłami… na dwa różne tematy (w międzyczasie doszło do sceny rodem z Dungeons & Dragons – jeden z adminów grupy próbował pacyfikować przyzywane przez wrogich mag… wrrrrróć, rozbawionych uczestników dyskusji trolle). Skończyło się praktycznie niczym – autobusy jeżdżą dalej, a fani Indii nie muszą do nich jechać, żeby się poczuć jak w komunikacji zbiorowej Kalkuty.

Co napisała na blogu Segritta? Oddajmy głos samej zainteresowanej:

Zaczyna się pięknie, choć od tragicznego dla mnie wydarzenia, bo oto mój jedyny aparat fotograficzny (poza tym w komórce, ale on się nie liczy, bo równie dobrze mogłabym fotografować tosterem) mi się popsuł. Nikon D70, którego dostałam kiedyś od Matki Rodzicielki (podkreślenie moje – MK) po prostu wyzionął ducha, zaczął nagle informować o jakimś błędzie i niestety odmówił jakiejkolwiek współpracy. Jakem blogerka, podzieliłam się tą smutną wiadomością na fejsie.

Nie minęło 5 min. od publikacji posta a zadzwonił do mnie przedstawiciel Nikon Polska i zaoferował darmowy serwis aparatu.

(…)

– Bla bla bla, nie opłacimy naprawy aparatu, bla bla, promocja tego modelu i tak nie jest w interesie Nikona, bla bla, no niestety…. ale możemy ci zaoferować poradę w zakresie kupna nowego apartu! bla bla.

cały wpis do przeczytania tutaj

Co przeczytała większość internetów?

blablablablablablablablablablablablablablabla mój jedyny aparat fotograficzny (poza tym w komórce, ale on się nie liczy, bo równie dobrze mogłabym fotografować tosterem) mi się popsuł. Nikon D70, blablablablablablablablablablablablabla bullshit bullshit bullshit potato

blablablablablablablablablablablablablablablabla fuckup mockup internety  Naprawcie mi go za free. blablablablablablablablabla

(…)

– Bla bla bla, nie opłacimy naprawy aparatu, blablablablablablablabla. ale możemy ci zaoferować poradę w zakresie kupna nowego apartu! bla bla.

 

Na litość Wielkiego Latającego Potwora Spaghetti i Kilku Przedwiecznych oraz Czarnej Kozy z Lasów z Tysiącem Młodych (ok, ta może nie być listościwa) – ludzie, czy czytanie boli? (chociaż prawdopodobnie w momencie, w którym to piszę, większość pokolenia tl;dr już sobie dała spokój i przeszła komentować).

Skąd w ogóle się pojawiło jakieś przeświadczenie o tym, że KAŻDY bloger jest przekupny? W zasadzie to chciałbym przypomnieć jedno – bo zaraz przejdziemy do konkretnych demonów. Darmówki itd., które obecnie są syndromem przebrzmiałej i zepsutej niczym Bizancjum za Murzuflosów blogosfery, to wina agencji PR. Tak. Komuś się pomyliło pojęcie “wysyłki kreatywnej” w postaci ciekawego zaproszenia i/lub bożonarodzeniowych ciasteczek z wpakowaniem nowego modelu telefonu w paczkę i wysłaniu “a miej, będziesz pisał o nas dobrze, póki nie wydamy kolejnego modelu z tej serii” (owszem, są agencje, które mają o tym pojęcie, o czym przekonał się pewien bloger nie dostając na własność ukochanego telefonu po testach…). Owszem – ładnie żre, to nie zdycha. Drodzy PR-owcy – jak sami wysyłacie na potęgę egzemplarze nie do testów, tylko na własność, to nie dziwcie się, że panuje wśród większości blogerów i blogerek postawa roszczeniowa. Drodzy blogerzy – żeby nie było słodko – sami sobie kręcicie bicz. Myślicie, że awantura o butach wyskoczyła sama z siebie? Blog nigdy nie miał być metodą zarabiania na życie. Jak się chce być dziennikarzem, to się idzie do gazety i wyrabia wierszówkę albo – jeśli się dobrze i z sensem pisze – dostaje się propozycję felietonów.

Natalia Hatalska, którą zresztą bardzo cenię i nie zamierzam tu drzeć kotów, napisała konkretny tekst o tym, czym blogosfera nie być powinna. Nie skupiła się jednak na tym, co jest przyczyną. Można być diagnostą, ale objawy się bada po to, by dotrzeć do przyczyn, a nie żeby pacjent przyszedł za dwa dni. Podobnie zresztą zrobili też inni, którzy wjechali na Segrittę.

Agencje PR patrzą na social media w większości już we właściwy sposób: to ma być taki “lekarz pierwszego kontaktu” (ale ten modelowy, a nie NFZ-owski), dostępny możliwie długo i wszędzie, reagujący szybko. Przykład Nikona pokazał, że niektórzy są tak nadgorliwi, że zapominają, że w PR-ze czasem pół godziny na konsultacje nie zbawi nikogo, a tylko pomoże uniknąć potencjalnego fuckupu. Za kontem na facebooku stoją konkretne osoby. Jeśli ktoś był idiotą i chciał się przypodobać publice, to powinien był wiedzieć, z czym się mierzy.

Innymi słowy: wytłumaczcie mi, dlaczego jak się na twitterze poskarżyłem Nokii Poland, że po dwóch miesiącach słuchawki od Lumii raczyły wyzionąć ducha, to otrzymałem konkretne wskazówki: jest 6 miesięcy gwarancji, przyjdź do punktu Nokia Care z dowodem zakupu i wymienimy? Bo ktoś wiedział, jak należy postąpić. Nokia nie wyskoczyła z numerem “podaj adres, wyślemy słuchawki” – albo lepiej – “podaj adres, wyślemy ci Lumię 920”. Jak ktoś nie ma na tyle samokontroli, żeby nie rzucać obietnic na wiatr, to jest jego wina.

Wina nie leży po stronie Nikona (no, może że wybrał agencję, ale to już agencja przydzieliła specjalistę do klienta). Wina leży całkowicie po stronie osoby, która zainteresowała się tematem na krótko, ugrzęzła w procedurach (albo po prostu odesłała problem dalej, a serwis potraktował Matyldę jak normalną klientkę) i spieprzyła sprawę doszczętnie. Jeśli się ma jaja, żeby reprezentować czyjś wizerunek, to trzeba pamiętać o szkolnej zasadzie 3P – przyznaj się (że zrąbałeś sprawę i że pospieszyłeś się z kontaktem z zainteresowaną), przeproś (że nie dopilnowałeś tego potem), powetuj (czyli, cholera, pokryj z własnej kieszeni chociaż część kosztów naprawy, które, nawiasem mówiąc, są tak wysokie, jakby ten model był projektowany dla NASA). Żeby działać w PR-ze trzeba mieć jaja.

Tymczasem co mamy? Typowe polskie piekiełko – agencja zrąbała sprawę, ludzie się rzucają na, de facto, do pewnego momentu Boga ducha winną blogerkę, bo ta miała czelność zrobić, co każdy z nas robi (a nie zawsze się przyznaje) – wyżalić się na Facebooku i @-nąć firmę. To po jaką cholerę istnieje ten Facebook, jak nie do kontaktu? Tornado memów, jakie się potem przetoczyło, to konsekwencja. Tylko cel nie został właściwie obrany, bo Nikon tu najmniej zawinił. Zawinił pewien człowiek, który po raz kolejny w historii dziejów ludzkości udowodnił, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.

Kurtyna? Chyba czas najwyższy, bo dawno temu się to przerodziło w żenującą przepychankę nakręcaną przez pewien serwis (bynajmniej nie do kawy).