Recenzja komiksu Murena, czyli Starożytny Rzym z nieco innej strony

Recenzja komiksu Murena, czyli Starożytny Rzym z nieco innej strony

Komiksy historyczne bardzo łatwo mogą wpaść w jedną z dwóch pułapek – albo zaczynają przypominać podręcznik z obrazkami, albo wykorzystują prawdziwe wydarzenia wyłącznie jako dekorację dla fikcyjnej historii. “Murena” autorstwa Jeana Dufauxa i Philippe’a Delaby’ego radzi sobie z tym problemem zaskakująco dobrze.

Pierwsze dwa cykle tych zbiorów zeszytów wydanych w dużym formacie i z twardą okładką, czyli “Matka” oraz “Żona”, czytałem bardziej jak polityczny thriller osadzony w starożytnym Rzymie niż próbę nauczenia mnie historii Cesarstwa. Po ponad 400 stronach mam jednak jeden problem z tą serią.

Tytułowy Lucjusz Murena momentami zawodzi

Pierwszy integral zdecydowanie lepiej radzi sobie ze skupieniem historii. “Matka” zbiera cztery początkowe albumy i prowadzi nas przez walkę o następstwo po Klaudiuszu, w której Agrypina próbuje zapewnić tron Neronowi, podczas gdy gdzieś obok tego wszystkiego swoje miejsce zajmuje fikcyjny Lucjusz Murena. Tyle że szybko przestałem patrzeć na całość właśnie przez jego pryzmat, bo znacznie ciekawsza jest sama cesarska rodzina. Agrypina manipuluje ludźmi wokół siebie, Klaudiusz próbuje odnaleźć się w sytuacji, której nie kontroluje tak mocno, jak powinien, a Neron nie jest jeszcze popkulturowym szaleńcem z pochodnią w dłoni.

Dufaux robi tutaj coś znacznie ciekawszego, bo pokazuje młodego człowieka stopniowo uczącego się tego, co daje mu władza i jak niewiele ograniczeń pozostaje komuś stojącemu na samym szczycie. Dzięki temu “Matka” nie sprawia wrażenia historii napisanej pod znany wszystkim finał, a kolejne zdrady, morderstwa oraz polityczne zagrywki rzeczywiście potrafią zaskoczyć. Jednocześnie autor nie trzyma się historii jak wyroczni i pozwala sobie na fikcję tam, gdzie potrzebuje jej do pchnięcia fabuły dalej. Zresztą właśnie to połączenie prawdziwych wydarzeń z fikcyjnymi bohaterami jest jedną z częściej chwalonych cech pierwszego cyklu.

“Żona” jest pod tym względem bardziej nierówna, ale jednocześnie to właśnie w drugim integralu seria zaczyna pokazywać większy rozmach. Miejsce Agrypiny zajmuje Poppea, wpływająca na Nerona na swój sposób, sam cesarz coraz mniej przypomina chłopaka sterowanego przez otoczenie, a konflikt między nim i Mureną zaczyna nabierać bardziej osobistego charakteru. Problem w tym, że pierwsza połowa cyklu trochę za długo rozstawia pionki. Pojawiają się nowe tajemnice, kolejne romanse, intrygi oraz postacie, ale nie wszystko od razu prowadzi do czegoś równie interesującego jak walka o sukcesję z “Matki”. Dopiero później historia wyraźnie przyspiesza i ostatecznie dochodzi do wielkiego pożaru Rzymu z 64 roku, który zdecydowanie należy do najlepszych fragmentów obu integrali.

Podoba mi się zwłaszcza to, że Dufaux nie idzie najprostszą drogą i nie robi z Nerona człowieka stojącego na balkonie z pochodnią oraz cieszącego się z płonącego miasta. Zamiast powielać jeden z najbardziej utrwalonych mitów na temat cesarza, pokazuje znacznie bardziej skomplikowaną sytuację oraz późniejsze poszukiwanie winnych. Paradoksalnie właśnie wtedy jeszcze mocniej wychodzi jednak największa wada serii, bo Neron zwyczajnie pożera Murenę jako bohatera. Lucjusz powinien być dla czytelnika najważniejszym punktem odniesienia, a tymczasem coraz częściej czekałem nie na jego dalsze losy, lecz na kolejną scenę z cesarzem. Podobny problem zauważano już przy pierwotnych wydaniach albumów składających się na drugi cykl.

Na szczęście jest jeszcze Philippe Delaby i jego rysunki, które w zasadzie od pierwszych stron wyjaśniają, dlaczego “Murena” doczekała się statusu jednego z ważniejszych frankofońskich komiksów historycznych. Rzym wygląda tutaj jak prawdziwe miasto, a nie kilka marmurowych kolumn postawionych w tle, postacie mają charakterystyczne twarze, tłumy rzeczywiście przypominają tłumy, a sceny brutalności i erotyki są odpowiednio dosadne bez zmieniania całości w tanią prowokację. Największe wrażenie robi oczywiście drugi cykl, kiedy Delaby dostaje możliwość pokazania płonącego Rzymu i wykorzystuje ją do maksimum, ale również znacznie spokojniejsze sceny na cesarskim dworze potrafią zatrzymać wzrok na dłużej.

Jeśli więc lubicie starożytny Rzym, polityczne intrygi i historie, w których praktycznie każdy ma coś do ukrycia, to trudno mi obu tych tomów nie polecić. Nawet jeśli po ich przeczytaniu będziecie pamiętać przede wszystkim Nerona, a nie człowieka, którego nazwisko widnieje na okładce.