Z twarzą mu nie do twarzy. Recenzja “Batman Arkham. Clayface”

Batman Arkham. Clayface

Batman Arkham. Clayface

Clayface nadaje się do czegoś więcej niż obrzucania Batmana błotem. Niby oczywiste, ale wśród przeciwników Mrocznego Rycerza łatwo sprowadzić go do roli efektownego potwora. Tymczasem zmienianie twarzy daje scenarzystom mnóstwo możliwości: od kryminalnych podstępów po historie o ludziach, którzy zrobiliby wszystko, żeby nie być sobą. “Batman Arkham. Clayface” korzysta z obu tych pomysłów, choć z różnym skutkiem.

Wydany przez Egmont “Batman Arkham. Clayface” to antologia obejmująca kilka dekad, więc obok siebie trafiają historie pisane według zupełnie innych zasad. Zmieniają się autorzy, styl i osoby występujące jako Clayface. Aktor Basil Karlo, przestępca Matt Hagen czy naukowiec Preston Payne mają inne motywacje i inne możliwości. Dzięki temu zbiór nie nuży, ale trudno też oczekiwać, że wszystko spodoba się jednakowo. Niektóre opowieści bronią się pomysłem, inne są dziś ciekawsze jako fragment historii Batmana.

Batman Arkham. Clayface – recenzja komiksu

Początki Basila Karlo mają w sobie coś ze starego kryminału rozgrywającego się na planie filmowym. Jest charakteryzacja, urażona duma i aktor, który bardzo źle znosi zawodowe rozczarowanie. Ta wersja może zaskoczyć kogoś przyzwyczajonego do glinianego olbrzyma, ale dobrze pokazuje, że postać od początku miała związek z udawaniem. Karlo zarabiał na wcielaniu się w innych ludzi, a kiedy kariera przestała układać się po jego myśli, sięgnął po kolejną rolę. Tyle że tym razem pojawiły się prawdziwe ofiary.

Batman Arkham. Clayface

W historiach z Mattem Hagenem więcej miejsca zajmuje zabawa jego zdolnościami. Zmiennokształtny przeciwnik świetnie nadaje się do zastawiania pułapek, podszywania pod innych i komplikowania pozornie prostych sytuacji. Starsze scenariusze potrafią być przy tym rozbrajająco umowne. Sporo tłumaczą, nie przejmują się prawdopodobieństwem i chętnie podporządkowują wydarzenia kolejnej sztuczce. Bywa to sympatyczne, czasem męczące. Wszystko zależy od tego, czy za przemianą idzie dobry pomysł, czy tylko następna okazja, żeby Batman miał do kogo przyłożyć.

Batman Arkham. Clayface

Najciekawszy wydaje mi się jednak Preston Payne. Chce poprawić swój wygląd, a doprowadza do sytuacji, w której własne ciało wymyka mu się spod kontroli. Do tego jego dotyk staje się zagrożeniem dla innych. Len Wein znalazł tu prosty, ale bardzo skuteczny pomysł: człowiek, który chciał zbliżyć się do ludzi, jeszcze bardziej się od nich oddala. Nie trzeba wielkich deklaracji, żeby zrozumieć jego rozpacz. Wystarczy świadomość, że nawet zwykły kontakt z drugą osobą przestał być możliwy.

Batman Arkham. Clayface

Właśnie takie historie najlepiej uzasadniają obecność Clayface’a w Gotham. Potrafią wzbudzić współczucie, a chwilę później przypomnieć, że mamy do czynienia z kimś niebezpiecznym. Gorzej, kiedy scenarzyści uznają nieszczęśliwą przeszłość za gotowy portret psychologiczny. Odrzucenie nie wyjaśnia przecież automatycznie każdej późniejszej decyzji. W zbiorze czuć tę nierówność: obok pomysłów, które można ciekawie rozwinąć, są odcinki podporządkowane głównie potrzebom kolejnej konfrontacji.

Batman Arkham. Clayface

Nieprzypadkowo do tej postaci tak dobrze pasują skojarzenia z kinem grozy. Karlo przywodzi na myśl “Upiora w operze”, a cielesne kłopoty Payne’a – “Muchę” Cronenberga. Z kolei widzowie “Batman: The Animated Series” rozpoznają motywy, które animacja połączyła w historii Matta Hagena. Komiksy pozwalają zobaczyć je osobno i zastanowić się, co właściwie jest w Clayface’ie najstraszniejsze. Dla mnie to możliwość przybrania dowolnej twarzy przy jednoczesnym przekonaniu, że żadna nie będzie wystarczająco dobra. Nietrudno odnaleźć w tym coś znajomego, nawet bez kontaktu z podejrzaną substancją.

Batman Arkham. Clayface

Rysunki mają tę samą zaletę i wadę co scenariusze: mocno się od siebie różnią. Starsza, bardziej umowna kreska sąsiaduje z późniejszym upodobaniem do deformacji i szczegółu. Przy Clayface’ie takie porównanie jest wyjątkowo ciekawe. Jego wygląd nie narzuca jednej interpretacji, więc rysownik może potraktować go jako przebierańca, groteskowego bandytę albo coś, co ledwo zachowuje ludzki kształt.

Batman Arkham. Clayface

Najbardziej odpowiadają mi dwa odmienne podejścia reprezentowane przez Marshalla Rogersa i Kelleya Jonesa. U Rogersa liczy się czytelność opowiadania i przestrzeń, w której rozgrywa się akcja. Dziwność przeciwnika lepiej widać na tle świata, który wygląda na uporządkowany. Jones idzie w przesadę: jego Batman sam przypomina potwora, z ogromną peleryną i nienaturalną sylwetką. To pasuje do Gotham. Starcie nie musi wyglądać wiarygodnie, jeśli ma w sobie odpowiednio dużo niepokoju.

Batman Arkham. Clayface

Z kolei oszczędność Darwyna Cooke’a pozwala odpocząć od graficznego nadmiaru i docenić dobrze uchwycony ruch czy gest. Zestawienie tych stylów jest dla mnie jednym z głównych powodów, żeby zainteresować się albumem. Całość nie utrzymuje równego poziomu, ale daje okazję do sprawdzenia, jak wiele można wydobyć z pozornie jednego pomysłu.

Czytaj też: Nie każdy wróg nosi obcą twarz. Recenzja komiksu “Batman. Hush”

“Batman Arkham. Clayface” nie jest zbiorem samych świetnych historii, ale dobrze pokazuje, dlaczego warto dać temu przeciwnikowi więcej miejsca. Starsze opowieści bawią pomysłami, późniejsze chętniej zaglądają pod jego kolejne twarze, a różnorodność rysunków pomaga wybaczyć słabsze scenariusze. Najbardziej przekonują mnie te historie, w których przemiana komplikuje bohaterowi życie, zamiast tylko ułatwiać popełnianie przestępstw. Wtedy Clayface przestaje być przeszkodą do usunięcia przez Batmana i staje się kimś, kogo los naprawdę chce się poznać.