“Wędrowiec” Viktora Hachmanga to komiks, który już na poziomie konstrukcji stawia opór czytelnikowi. Owszem, mamy tu punkt wyjścia niemal klasyczny dla SF: katastrofa, zniszczona Ziemia, samotny bohater próbujący przetrwać. Geo, pracownik transportujący odpady z orbitalnej stacji, trafia na wyniszczoną planetę i zostaje zmuszony do wędrówki przez obcy, wrogi świat.
Czytaj też: Ewangelia na trzy akordy i bunt bez przebaczenia. Recenzja “Punk Rock Jesus”
Ale bardzo szybko okazuje się, że to tylko pretekst. Hachmang nie interesuje się survivalem w sensie fabularnym. Zamiast tego opowiada o percepcji – o tym, jak człowiek interpretuje rzeczywistość, gdy zostaje z nią sam na sam. Znaleziony egzemplarz “Burzy” Szekspira staje się tu nie tylko rekwizytem, ale osią całej opowieści – filtrem, przez który bohater zaczyna postrzegać świat i siebie.
To komiks, który nie prowadzi za rękę. Raczej zostawia czytelnika w pół drogi i mówi: “teraz sam zdecyduj, co to wszystko znaczy”.
Wędrowiec – recenzja komiksu
Największą siłą scenariusza jest jego ambicja. “Wędrowiec” to przypowieść – o samotności, o pamięci, o tym, jak łatwo tracimy grunt pod nogami, gdy znika kontekst naszego życia. Historia nie rozwija się linearnie, nie ma klasycznej dramaturgii. Zamiast tego dostajemy ciąg obrazów i stanów emocjonalnych.

I tu pojawia się problem. Bo to, co dla jednych będzie zaletą – niedopowiedzenie, symbolika, otwartość – dla innych okaże się barierą. Hachmang świadomie rezygnuje z klarownej narracji, a przez to emocjonalne zaangażowanie bywa nierówne. Są momenty, w których komiks hipnotyzuje, ale są też takie, w których pozostawia raczej podziw niż autentyczne przeżycie. To trochę jak z poezją: albo wejdziesz w jej rytm, albo zostaniesz na zewnątrz.

Jeśli coś w tym albumie działa bezwarunkowo, to warstwa graficzna. Hachmang jest ilustratorem pełną gębą i to widać na każdej stronie. Kadry są szerokie, oddechowe, często operują pustką i ciszą. Kolorystyka – momentami nienaturalna, wręcz chemiczna – nadaje światu charakter toksycznego snu. To nie jest postapokalipsa z blockbusterów. To bardziej wizja z pogranicza halucynacji i pamięci.

Nieprzypadkowo pojawiają się skojarzenia z estetyką “Métal Hurlant” czy twórczością Jeana Girauda (Moebiusa) – w sposobie budowania przestrzeni, w oszczędności narracyjnej, w skupieniu na obrazie jako nośniku znaczeń. To komiks można “czytać” bez słów. I być może właśnie wtedy działa najlepiej.

Popkulturowo “Wędrowiec” idealnie wpisuje się w nurt opowieści o samotnym bohaterze przemierzającym martwy świat. Najbliżej mu do takich doświadczeń jak “Death Stranding” – gdzie droga jest ważniejsza niż cel, a przestrzeń staje się lustrem psychiki bohatera. Można tu też znaleźć echo filmów pokroju “Blade Runnera 2049” – tej samej melancholii, tego samego pytania o sens istnienia w świecie, który dawno przestał mieć sens. Ale “Wędrowiec” idzie jeszcze dalej. To nie tylko opowieść o samotności. To opowieść o tym, jak człowiek próbuje nadać znaczenie światu, który już żadnego znaczenia nie ma.

Najciekawsze w tym komiksie jest to, że on nie daje odpowiedzi. Nawet zakończenie nie jest domknięciem, tylko kolejną warstwą interpretacji. Można czytać “Wędrowca” jako historię o nadziei – bo bohater odnajduje w ruinach coś, co pozwala mu zmienić sposób myślenia. Można też jako opowieść o iluzji – bo może to wszystko jest tylko mechanizmem obronnym umysłu. A można potraktować ten komiks jak doświadczenie. Nie jako historię, którą się konsumuje, ale jako przestrzeń, w której się przez chwilę jest.
