Zanim Hellboy stał się legendą, był po prostu chłopakiem z piekła rzuconym w świat ludzi. “Hellboy i BBPO 1955-1957” pokazuje moment, w którym zaczyna rozumieć, że potwory nie zawsze są tym, czym się wydają – a najgroźniejsze z nich mogą nosić ludzką twarz.
Drugi tom “Hellboy i BBPO 1955-1957” to komiks, który działa na dwóch poziomach jednocześnie. Z jednej strony jest klasyczną przygodą w duchu pulpowych opowieści o agentach walczących z nadnaturalnymi zagrożeniami. Z drugiej – cichą, momentami niemal nostalgiczną historią o dojrzewaniu kogoś, kto nigdy nie miał prawa być człowiekiem.
Czytaj też: Samotność po końcu świata. “Wędrowiec” to komiks, który się bardziej czuje, niż czyta
To napięcie jest tu wyczuwalne. Młody Hellboy nie jest jeszcze tym zmęczonym losem outsiderem, którego znamy z głównej serii. To raczej impulsywny, trochę naiwny agent, który reaguje bardziej instynktem niż refleksją. I właśnie dlatego ten tom, który ukazał się dzięki wydawnictwu Egmont, ma w sobie coś świeżego – oglądamy bohatera, który dopiero uczy się świata, a nie tylko go komentuje.
Hellboy i BBPO 1955-1957 – recenzja komiksu
Za scenariusz odpowiadają m.in. Mike Mignola i jego współpracownicy, co od razu czuć w konstrukcji historii. To nie jest jedna zwarta opowieść, lecz mozaika epizodów, które razem budują coś większego.

Każda z tych historii rozwija uniwersum, dopowiada jego mitologię i rozszerza kontekst – dokładnie tak, jak w innych odsłonach BBPO, gdzie fabuła często “wyrasta” z wcześniejszych wydarzeń i splata się z nimi w dłuższej perspektywie. Problem w tym, że momentami czuć niedosyt. Pomysły są znakomite – duchy, demony, zimnowojenna paranoja, ezoteryczne zagrożenia – ale nie zawsze dostają tyle miejsca, ile by mogły. To jednak świadomy wybór. Ten komiks bardziej buduje świat niż opowiada zamkniętą historię. Jest jak archiwum spraw – fragmentaryczne, niepokojące, zostawiające echo zamiast puenty.

Największą różnicą względem klasycznego Hellboya jest oprawa graficzna. Styl Mike Mignola – ascetyczny, oparty na cieniu i geometrycznej prostocie – nie dominuje tu w pełni. Zamiast tego mamy galerię różnych artystów, którzy interpretują świat Hellboya na swój sposób.

Z jednej strony różnorodność wizualna podkreśla epizodyczność historii. Każda opowieść ma własny rytm, własną fakturę, własny klimat. Z drugiej – brakuje tej jednorodnej, hipnotyzującej estetyki, która w klasycznych tomach Mignoli była niemal bohaterem samym w sobie. Tam cień był narracją. Tu jest raczej narzędziem. Efekt? Komiks jest bardziej “czytelny”, ale mniej mistyczny.

Natomiast największą siłą tomu jest klimat. Lata 50. nie są tu tylko dekoracją – są fundamentem opowieści. Strach przed obcym, napięcia polityczne, tajne eksperymenty, niewyjaśnione zjawiska – wszystko to buduje świat, w którym paranormalność wydaje się naturalnym przedłużeniem rzeczywistości.

BBPO funkcjonuje jak paranormalna wersja agencji rządowej z epoki zimnej wojny. Agenci nie walczą tylko z potworami – walczą z czymś, czego nie rozumieją. I to jest kluczowe. W tym świecie wiedza zawsze jest fragmentaryczna, a odpowiedzi nigdy nie są pełne. To właśnie dlatego Hellboy w tych historiach wydaje się tak ludzki. Nie dlatego, że ma emocje. Ale dlatego, że – jak każdy – porusza się po omacku.

Najciekawsze w tym tomie nie są potwory. Są nimi pytania. Kim jesteś, jeśli zostałeś stworzony do czegoś, czego nie chcesz zrobić? Czy można uciec od własnej natury, jeśli jest wpisana w twoje istnienie? Hellboy w “1955-1957” jest jeszcze przed odpowiedzią. Jeszcze wierzy, że można być kimś innym. Że można wybrać. I może dlatego ten tom jest tak ważny w całym uniwersum. Bo pokazuje moment przed pęknięciem. Przed świadomością. Przed ciężarem przeznaczenia. To nie jest historia o demonie. To historia o tym, jak ktoś próbuje nim nie być.
