Odebrano mu rezydencję, fortunę i wiernego kamerdynera. Zamiast kosztownych gadżetów dostał siekierę, ciało zawodnika wagi ciężkiej i Gotham przypominające beczkę prochu. “Absolute Batman. Zoo. Tom 1” stara się odpowiedzieć na pytanie: czy Batman jest produktem bogactwa, czy buntu przeciwko niesprawiedliwości?
Batmana reinterpretowano już niemal na każdy możliwy sposób. Był gotyckim upiorem, detektywem, miejską legendą, żołnierzem, ojcem zastępczym i zgorzkniałym emerytem. Scott Snyder, wracając do bohatera, z którym odniósł jeden z największych sukcesów swojej kariery, wybiera rozwiązanie zarazem radykalne i zaskakująco proste: zabiera Bruce’owi Wayne’owi pieniądze.
Czytaj też: Nie każdy wróg nosi obcą twarz. Recenzja komiksu “Batman. Hush”
Ten Bruce nie dorasta w pałacu, nie ma dostępu do niewyczerpanych zasobów Wayne Enterprises i nie może rozwiązywać każdego problemu przy użyciu technologii wartej tyle, co budżet niewielkiego państwa. Jest młodym człowiekiem z robotniczej części Gotham, znającym miasto nie z okien limuzyny, lecz od strony jego infrastruktury, zaułków i społecznych ran. Alfred Pennyworth również przestaje być kamerdynerem oraz zastępczym ojcem. Pojawia się jako doświadczony agent, obserwujący nowego samozwańczego obrońcę miasta, z mieszaniną podejrzliwości i fascynacji.
Album “Absolute Batman. Zoo. Tom 1”, wydany przez Egmont, obejmuje sześć pierwszych zeszytów serii, a główną oś fabuły stanowi walka z gangiem Party Animals i jego przywódcą, Black Maskiem. To punkt wyjścia wystarczająco prosty, by czytelnik mógł wejść do tego świata bez znajomości szerszej mitologii Absolute Universe.
Absolute Batman. Zoo. Tom 1 – recenzja komiksu
Scenariusz Snydera jest świetny. Skoro Bruce nie ma fortuny, jego Batman musi być majsterkowiczem, strategiem i specjalistą od miejskiej przestrzeni. Zamiast unosić się ponad Gotham niczym arystokratyczny demon, wrasta w jego beton. Zna konstrukcje budynków, tunele i maszyny; jego arsenał wygląda, jakby powstał w warsztacie przemysłowym, a nie w laboratorium firmy zbrojeniowej.

Ta materialność dobrze współgra z politycznym podtekstem historii. Black Mask nie reprezentuje jedynie przestępczego szaleństwa. Uosabia przemoc potraktowaną jak produkt, który można finansować, skalować i sprzedawać. Chaos nie wybucha tutaj spontanicznie – ktoś go organizuje, opłaca i wykorzystuje. Gotham staje się miastem, w którym strach funkcjonuje jak model biznesowy, a ludzkie życie można wpisać w listę kosztów.

Snyder chwilami podkreśla te znaczenia zbyt grubą kreską. Każda broń musi być większa, każdy przeciwnik bardziej groteskowy, a każde wejście Batmana bardziej widowiskowe od poprzedniego. Niektórych może to odrzucić. Mimo tego historia zachowuje emocjonalny rdzeń. Snyder rozumie, że Batman nie może być wyłącznie fantazją o skutecznej przemocy. Musi istnieć granica, której Bruce nie przekroczy, nawet jeśli świat przekonuje go, że moralność jest luksusem przegranych.

Najciekawsza zmiana dotyczy jednak relacji Bruce’a z otoczeniem. Klasyczny Batman często buduje swoją tożsamość na izolacji: cierpi samotnie, planuje samotnie i samotnie bierze odpowiedzialność za całe miasto. Absolute Batman wyrasta natomiast ze społeczności. Ma przyjaciół, wspomnienia i więzi, których nie da się zamknąć w gablocie obok rodzinnych pereł.

Ta różnica prowadzi do przewartościowania mitu. Bogactwo tradycyjnego Bruce’a pozwala mu być niezależnym, lecz zarazem odcina go od ludzi, których chce chronić. Tutaj brak pieniędzy okazuje się nie tylko ograniczeniem, ale również źródłem siły. Bohater musi ufać innym i traktować Gotham nie jak swoją własność, lecz jak wspólną przestrzeń.
Wizualnie “Absolute Batman. Zoo” jest komiksem przerysowanym. Dosłownie. Nick Dragotta projektuje Batmana jak połączenie zawodnika wagi ciężkiej, maszyny oblężniczej i gargulca. Nietrudno dostrzec tu cień “Powrotu Mrocznego Rycerza” Franka Millera, zwłaszcza w zamiłowaniu do potężnej anatomii i Batmana przedstawionego jako fizyczna odpowiedź na rozpad miasta. Dragotta nie kopiuje jednak Millera. Jego kadry są bardziej dynamiczne, miejscami wręcz sprężyste. To estetyka bliska współczesnym grom z serii “Arkham” czy filmom “Mad Max”.

Kolory Franka Martina wzmacniają industrialny charakter rysunków. Czerń jest ciężka, pomarańcze i czerwienie alarmowe, a jaśniejsze partie plansz pojawiają się jak światło reflektora przecinające dym. Dzięki temu komiks pozostaje czytelny nawet w najbardziej chaotycznych sekwencjach. Osobny rozdział narysowany przez Gabriela Hernándeza Waltę jest spokojniejszy i bardziej intymny. Ta zmiana stylu początkowo wybija z rytmu, ale dobrze służy historii skoncentrowanej na przeszłości Bruce’a i pozwala zobaczyć człowieka ukrytego wewnątrz monstrualnej sylwetki.
Czytaj też: Gotham wróciło na mapę, ale nie wróciło do normalności. Recenzja Batman: Nowe Gotham. Tom 1
Tytułowe zoo ma znaczenie dosłowne, biograficzne i symboliczne. Gotham Snydera jest ekosystemem, w którym drapieżniki nie zawsze mają ostre zęby. Czasem noszą garnitury, zarządzają kapitałem i finansują cudzą brutalność z bezpiecznej odległości. Ludzie zostają podzieleni na tych, którzy obserwują, tych, których zamknięto w klatkach, oraz tych, którzy odkryli, że na strachu można zarabiać.
“Absolute Batman. Zoo. Tom 1” nie jest dekonstrukcją w rodzaju “Strażników” ani realistycznym rozliczeniem fantazji o zamaskowanym mścicielu. To przede wszystkim bezczelny, energetyczny komiks superbohaterski, który chce dawać przyjemność z oglądania rzeczy wielkich, groźnych i efektownie wpadających na siebie. Jego inteligencja ujawnia się nie w filozoficznych monologach, lecz w sposobie, w jaki przestawia społeczne fundamenty mitu.

Nie wszystkie pomysły są równie dobre. Black Mask bywa bardziej nośną ideą niż pełnokrwistą postacią, tempo miejscami nie pozwala wybrzmieć emocjom, a ciągłe podnoszenie stawki może z czasem prowadzić do znużenia. Pierwszy tom ma jednak rzadką cechę: naprawdę sprawia wrażenie początku czegoś nowego, a nie tylko kolejnego restartu zmieniającego numerację okładek.
