Akcja pierwszego tomu rozgrywa się w feudalnej Japonii – przestrzeni, która w kulturze popularnej niemal automatycznie uruchamia cały zestaw skojarzeń. Drewniane świątynie, mgła nad ryżowymi polami, samurajowie w zbrojach i miecze katana połyskujące w półmroku.
Czytaj też: Legenda samuraja w futurystycznym chaosie. Recenzja komiksu “Ronin”
Di Giorgio nie próbuje tej ikonografii podważać ani dekonstrukować. Przeciwnie – wykorzystuje ją jako fundament opowieści, która jest jednocześnie epicka i kameralna. W tle pojawia się wielka polityka: generał Akuma knuje spisek przeciwko cesarzowi, a intryga, która zaczyna się gdzieś na szczytach władzy, stopniowo zaczyna przenikać do świata zwykłych ludzi. Na pierwszym planie stoi jednak historia bardziej osobista. Głównym bohaterem jest ronin Takeo – samuraj pozbawiony pana, a więc także miejsca w feudalnym porządku świata. Towarzyszy mu młody uczeń Shiro, który dopiero uczy się, czym naprawdę jest droga wojownika.

Ich podróż przez Japonię początkowo wydaje się prostą wędrówką. Bohaterowie spotykają podróżnych napadniętych przez bandytów, pomagają im i ruszają dalej w drogę. Jednak pozornie niewinne wydarzenia uruchamiają mechanizm, który stopniowo wciąga bohaterów w sieć spisków i konfliktów o znacznie większej skali. W ten sposób historia rozwija się jak klasyczna opowieść drogi. Każdy kolejny etap podróży odsłania nowe elementy większej układanki.
Samuraj. Tom 1 – recenzja komiksu
Jedną z największych zalet scenariusza Di Giorgio jest sposób, w jaki wykorzystuje archetyp ronina. Samuraj bez pana przestaje być częścią hierarchii feudalnego świata. Traci nie tylko pracodawcę, lecz także sens swojego istnienia, ponieważ w kulturze samurajskiej lojalność wobec daimyo była fundamentem tożsamości wojownika. W kulturze popularnej ronin staje się jednak kimś więcej. Jest outsiderem, który żyje według kodeksu, mimo że system, który go stworzył, już się rozpada.

Takeo wpisuje się w tę tradycję bardzo wyraźnie. Nie jest bohaterem gadatliwym ani efektownym. W jego zachowaniu dominuje powściągliwość, milczenie i chłodna obserwacja. To postać bliższa bohaterom filmów Akiry Kurosawy niż współczesnym herosom kina akcji. Jest w nim coś z Sanjuro ze “Straży przybocznej”, coś z Ogamiego Itto z “Samotnego wilka i szczenięcia”. Wojownik, który wie, że świat jest bardziej skomplikowany niż opowieści o honorze, które słyszał w młodości.
Ta ambiwalencja nadaje historii głębi. Bo choć komiks operuje konwencją przygodową, jego bohaterowie nie są papierowymi figurami.

Rysunki Frédérica Genêta są elementem, który naprawdę wyróżnia ten album. Tworzy on wizję Japonii monumentalnej i romantycznej. Krajobrazy są szerokie, niemal filmowe. Góry i doliny rozciągają się na panoramicznych planszach, a miasta i świątynie mają w sobie coś z malarstwa historycznego.

Największe wrażenie robią jednak sceny walki. Artysta nie przedstawia ich jako chaotycznej eksplozji ruchu. Przeciwnie – często skupia się na chwili napięcia tuż przed uderzeniem. W wielu kadrach widać filozofię walki charakterystyczną dla japońskiej tradycji: miecz jest wyciągany tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne. To podejście sprawia, że pojedynki mają ciężar dramatyczny.

Kolorystyka – utrzymana w stonowanych barwach ziemi – wzmacnia atmosferę historii. Ciepłe brązy, przygaszone czerwienie i chłodne odcienie nieba tworzą wizualny świat, który wydaje się zarówno realistyczny, jak i lekko baśniowy.
Czytaj też: Legenda, która wraca na pustynię współczesności. Recenzja komiksu “Zorro. Z martwych”
Warto pamiętać, że “Samuraj” nie jest mangą, lecz komiksem frankofońskim. To oznacza inne tempo narracji, inne kadrowanie i inne podejście do opowieści. W przeciwieństwie do wielu japońskich historii o samurajach, które często koncentrują się na realizmie historycznym, seria Di Giorgio i Genêta jest bardziej romantyczna i mitologiczna. Można by powiedzieć, że jest to europejska fantazja o Japonii – podobna w duchu do filmów, które powstawały w Hollywood w latach 60. i 70. Ale bynajmniej nie jest to wada.

“Samuraj. Tom 1”, który ukazał się na polskim rynku dzięki wydawnictwu Egmont, jest przede wszystkim obietnicą. Obietnicą historii, która dopiero zaczyna się rozwijać, ale już na starcie oferuje ciekawy świat, wyrazistych bohaterów i imponującą oprawę graficzną. Nie jest to komiks przełomowy ani szczególnie eksperymentalny. Jego siłą jest raczej konsekwencja i szacunek dla klasycznej opowieści przygodowej. A czasem właśnie dokładnie tego potrzebujemy – historii, która przypomina, że nawet w świecie pełnym chaosu można wciąż próbować iść własną drogą.
