Gotham widzieliśmy już jako miasto zbrodni, korupcji, obłędu i wiecznej nocy. Christian Ward schodzi jednak jeszcze niżej i dosłownie buduje pod nim drugą metropolię, zaludnioną przez zdeformowane odbicia znanych bohaterów i złoczyńców. „Batman: Miasto szaleństwa” jest więc komiksem grozy, psychodelicznym eksperymentem oraz kolejną próbą zajrzenia do głowy Bruce’a Wayne’a. Przede wszystkim pozostaje jednak albumem, który ogląda się znacznie lepiej, niż śledzi jego fabułę, która gna i gna, a przy tym łączy zbyt wiele wątków i nie rozwija odpowiednio tych, które na to zasługują.
Gotham nigdy nie wyglądało tak niepokojąco
Punktem wyjścia jest istnienie Gotham Dolnego, koszmarnego miasta ukrytego pod ulicami właściwego Gotham i przez lata odgradzanego od świata przez Trybunał Sów. Gdy przejście zostaje otwarte, na powierzchnię przedostaje się Batman z Dołu, brutalna istota szukająca własnego Robina. Bruce musi więc współpracować z Trybunałem, pomóc Harveyowi Dentowi i zmierzyć się z kolejnymi wynaturzonymi wersjami przeciwników. Ward wyraźnie nawiązuje przy tym do „Azylu Arkham” Granta Morrisona i Dave’a McKeana, traktując swoją opowieść jako jego duchowego następcę, a nie bezpośrednią kontynuację.
Czytaj też: Gotham wróciło na mapę, ale nie wróciło do normalności. Recenzja Batman: Nowe Gotham. Tom 1


Największą siłą komiksu są oczywiście rysunki. Ward korzysta z czerwieni, fioletów, zieleni i jaskrawych kontrastów, przez co Gotham wygląda jak organizm oglądany podczas gorączkowego majaku. Kadry wyginają się, nachodzą na siebie i prowadzą wzrok w sposób, który nie byłby możliwy w zwyczajnie rozrysowanej historii superbohaterskiej. Szczególnie dobrze wypadają projekty Batmana z Dołu oraz Harveya Denta, którego rozdarcie pokazano nie tylko za pomocą twarzy i dialogów, ale również kompozycji plansz, liternictwa i kolorów. Mam wrażenie, że nawet bez dymków wiele stron nadal opowiadałoby zrozumiałą, a przede wszystkim niezwykle sugestywną historię.
Czytaj też: Nie każdy wróg nosi obcą twarz. Recenzja komiksu “Batman. Hush”


Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba połączyć wszystkie efektowne pomysły w spójną fabułę. Gotham Dolne, Trybunał Sów, Harvey, Alfred, nowy Robin, rodzina Arkham i cała galeria potworów walczą o miejsce w zaledwie trzech rozdziałach. W rezultacie część wątków zostaje jedynie zarysowana, złoczyńcy pojawiają się głównie po to, aby zaprezentować ich nowe projekty, a finał nadchodzi szybciej, niż powinien. Ward potrafi stworzyć przejmującą scenę i ma coś ciekawego do powiedzenia o relacjach ojców z synami, odpowiedzialności Batmana oraz wykorzystywaniu cudzej traumy. Zbyt często jednak tłumaczy swoje pomysły dialogami, choć same obrazy przekazują je znacznie skuteczniej.

Czytaj też: Recenzja komiksów z serii Batman Detective Comics. Gothamski Nokturn
„Batman: Miasto szaleństwa” nie jest więc nowym „Azylem Arkham”, choć bardzo chciałby nim zostać. Historia ma solidny fundament, kilka udanych emocjonalnie momentów i ciekawą wersję Batmana, ale nie wykorzystuje w pełni świata stworzonego przez Warda. Mimo tego uważam album za wart przeczytania, szczególnie przez osoby szukające bardziej eksperymentalnego i horrorowego podejścia do Gotham. Fabuła prawdopodobnie nie pozostanie ze mną na długo, lecz wiele plansz spokojnie mogłoby trafić na ścianę. W komiksie opartym na tak imponującej oprawie wizualnej trudno uznać to za małą pochwałę.
