Świat od zawsze bał się mutantów. W dziewiątym tomie “Ultimate X-Men” mutanci dostają jednak znacznie bardziej przerażający powód do strachu: świat, który postanowił się skończyć. To album efektowny, ponury i chwilami przejmujący, ale też boleśnie nierówny.
Dziewiąty tom “Ultimate X-Men” jest zarazem kroniką końca pewnej epoki. Polski album, wydany przez Egmont, zbiera zeszyty “Ultimate X-Men” #89-100, pełną pięcioczęściową miniserię “Ultimatum” oraz epilog “Ultimatum: X-Men Requiem”. Oznacza to trzy zasadnicze etapy opowieści: konfrontację z Apocalypse’em, historię z Alpha Flight i substancją wzmacniającą moce mutantów, a następnie katastrofę wywołaną przez Magneto. Za scenariusze odpowiadają Robert Kirkman, Aron E. Coleite i Jeph Loeb, zaś wśród rysowników znaleźli się m.in. Salvador Larroca, Mark Brooks, David Finch i Ben Oliver.
Czytaj też: Z człowieka broń, z bólu mit. Recenzja “Wolverine. Broń X”
Jest to więc album obszerny, lecz niejednolity. Nie przypomina klasycznego finału, w którym wszystkie wątki stopniowo zbiegają się w jednym punkcie. Bardziej wygląda jak trzy kolejne trzęsienia ziemi, z których każde próbuje przebić poprzednie. Najpierw dostajemy zagrożenie o wymiarze niemal mitologicznym, później opowieść o desperacji i pokusie przekraczania własnych ograniczeń, a na końcu totalną destrukcję całego uniwersum. Czy to na pewno dobrze?
Ultimate X-Men. Tom 9 – recenzja komiksu
Robert Kirkman przez dłuższy czas przygotowywał grunt pod pojawienie się Apocalypse’a. W grę wchodziły wizje przyszłości, Cable, Bishop, Phoenix, Sinister i przeobrażenia samej drużyny. Można było oczekiwać kulminacji na miarę wieloletniej sagi. Gdy Apocalypse rzeczywiście wkracza na scenę, komiks przez chwilę ma właściwą energię: rzeczywistość pęka, bohaterowie zostają zmuszeni do walki ponad własne możliwości, a zwykła superbohaterska potyczka zmienia się w niemal religijne starcie dwóch wizji ewolucji.

Ale… za szybko to wszystko się kończy. Apocalypse jest przedstawiany jako przeciwnik o niewyobrażalnej mocy, lecz jego obecność okazuje się zaskakująco krótka. Finał opiera się bardziej na nagłym skoku potęgi niż na konsekwentnym rozwiązaniu konfliktu. Zamiast dramatycznego spełnienia wcześniejszych zapowiedzi otrzymujemy fabularny skrót. Nie ma tu efektu znanego z “Końca gry” w filmowym MCU.

Mimo to wątek ma ciekawą warstwę symboliczną. Apocalypse reprezentuje brutalne przekonanie, że wartość życia mierzy się siłą, natomiast X-Men – przynajmniej teoretycznie – walczą o prawo do istnienia bez konieczności udowadniania swojej przewagi. To sedno metafory mutantów: czy prześladowana mniejszość powinna domagać się miejsca we wspólnym świecie, czy zbudować swoją tożsamość na odwróceniu hierarchii i podporządkowaniu dawnych prześladowców? Komiks dotyka tego sporu, lecz niemal natychmiast przykrywa go kolejną eksplozją.

Aron E. Coleite przejmuje serię w historii “Absolute Power” i proponuje konflikt mniejszy skalą, ale potencjalnie bardziej osobisty. Pojawienie się Alpha Flight oraz środka zwanego Banshee uruchamia opowieść o zazdrości, bezsilności i pokusie szybkiego rozwoju. Młodzi mutanci, choć dysponują niezwykłymi zdolnościami, nadal są nastolatkami i młodymi dorosłymi. Porównują się z innymi, chcą być silniejsi, boją się utraty bliskich i podejmują decyzje pod wpływem emocji.

To jeden z ciekawszych pomysłów w albumie. Banshee działa jak superbohaterski odpowiednik dopingu, ale również jak metafora każdej obietnicy natychmiastowego samodoskonalenia. W świecie obsesyjnie mierzącym potencjał człowieka wynikami, wyglądem i produktywnością nawet mutant może poczuć się niewystarczający. Pytanie nie brzmi więc wyłącznie: “Jak potężny możesz się stać?”, lecz także: “Ile siebie oddasz, aby przestać czuć się słabym?”.

Najbardziej kontrowersyjna część albumu zaczyna się wraz z “Ultimatum”. Magneto wywołuje globalny kataklizm, Nowy Jork znika pod wodą, a historie X-Men, Fantastycznej Czwórki, Spider-Mana i Ultimates zostają połączone w jednym wydarzeniu. Oryginalna miniseria ukazywała się w latach 2008-2009, a jej twórcami byli Jeph Loeb i David Finch.

Jeph Loeb pisze “Ultimatum” jak film katastroficzny, którego budżet jest nieograniczony, ale czas ekranowy bardzo krótki. Liczy się ogrom zniszczeń, nagłość śmierci i wrażenie, że nikt nie jest bezpieczny. Fabuła nie tyle rozwija wcześniejsze konflikty, ile ścina je jednym potężnym uderzeniem. Bohaterowie, którzy przez dziesiątki zeszytów budowali relacje i przechodzili własne przemiany, potrafią zniknąć w ciągu kilku kadrów.

Warstwa wizualna dobrze pokazuje zmianę tonu albumu. Salvador Larroca rysuje otwierające zeszyty z typową dla siebie przejrzystością i elegancją. Jego postacie są smukłe, kadry czytelne, a fantastyczne wydarzenia mają lekko futurystyczny połysk. Nawet walka z potężnymi istotami pozostaje wizualnie uporządkowana.

Mark Brooks wprowadza więcej młodzieńczej ekspresji. Jego bohaterowie są żywsi, mocniej grają twarzami i gestami, dzięki czemu osobiste konflikty nabierają dynamiki. Ta estetyka dobrze pasuje do historii o drużynowych napięciach i emocjonalnej impulsywności. Gorzej, że częste zmiany artystów oraz różnice w sposobie przedstawiania postaci pogłębiają wrażenie fabularnego rozchwiania.

Najsilniejszy wizualny stempel pozostawia David Finch. Jego ciężka, szczegółowa kreska, potężne sylwetki i głębokie cienie idealnie nadają się do ukazywania zrujnowanego miasta. Woda, gruz i ciała niemal wychodzą z plansz. Finch potrafi nadać katastrofie materialność – czuje się ciężar walących się budynków i brud zalanych ulic. Jednocześnie ta hiperrealistyczna dosadność wzmacnia największy problem scenariusza: cierpienie zaczyna wyglądać jak starannie wyreżyserowane widowisko.
Czytaj też: Spider-Man kontra własne ja. Recenzja “Sagi klonów”
“Ultimate X-Men” narodziło się na początku XXI wieku jako próba unowocześnienia marvelowskich mitów. Bohaterowie mieli być młodsi, kostiumy mniej teatralne, dialogi bardziej potoczne, a świat bliższy współczesnej polityce, mediom i lękom. Seria opowiadała o mutantach w rzeczywistości obsesyjnie zainteresowanej bezpieczeństwem, kontrolą i militaryzacją. Był to popkulturowy klimat epoki po zamachach z 11 września: superbohater coraz częściej stawał się potencjalną bronią masowego rażenia, a nie tylko kolorowym obrońcą miasta.

“Ultimate X-Men. Tom 9” to fascynująca porażka – album, który bywa znakomity w pojedynczych scenach, ale nie potrafi nadać całej katastrofie odpowiedniej głębi. Robert Kirkman kończy swój wielki wątek zbyt pospiesznie, Aron E. Coleite proponuje interesującą historię o pokusie siły, lecz prowadzi postacie nierówno, a Jeph Loeb zamienia finał uniwersum w brutalny spektakl. Najwięcej konsekwencji wykazują rysownicy, szczególnie David Finch, którego plansze zapewniają zagładzie monumentalny, niemal namacalny wymiar.

Nie jest to najlepszy tom “Ultimate X-Men”, ale bez wątpienia należy do najbardziej pamiętnych. Jako zwieńczenie serii pozostawia niedosyt. Jako dokument komiksowej epoki – czasu fascynacji realizmem, szokiem i burzeniem ikon – okazuje się niezwykle interesujący.
