Superman potrafi przesuwać planety, lecz najciekawszy staje się dopiero wtedy, gdy musi zdecydować, jak korzystać z tej siły. John Byrne odświeża legendę Człowieka ze Stali, zdejmując bohatera z pomnika i przypominając, że pod kostiumem kryje się przede wszystkim Clark Kent.
Wydany przez Egmont “Superman. Człowiek ze Stali. Tom 1” to obszerny zbiór historii z drugiej połowy lat 80. ubiegłego wieku. Otwiera go 6-częściowa miniseria “The Man of Steel”, po której następują zeszyty serii “Superman”, “Action Comics” i “Adventures of Superman”. Łącznie album liczy ponad pięćset stron i prezentuje początek ery tworzonej głównie przez Johna Byrne’a, Marva Wolfmana i Jerry’ego Ordwaya.
Czytaj też: Rok do końca legendy. Recenzja komiksu “All-Star Superman”
Byrne otrzymał zadanie opowiedzenia mitu od nowa po wydarzeniach “Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach”. Zamiast burzyć wszystko, zachował najważniejsze elementy legendy, ale nadał im bardziej współczesny charakter. Clark nie jest już Superboyem, jego moce rozwijają się stopniowo, a przybrani rodzice pozostają ważną częścią jego dorosłego życia. Ta wersja genezy stała się punktem odniesienia dla wielu późniejszych interpretacji Supermana.
Superman. Człowiek ze Stali. Tom 1 – recenzja komiksu
Największym sukcesem scenariusza jest odwrócenie relacji między Supermanem a Clarkiem Kentem. Clark nie stanowi kostiumu, który kosmita zakłada, aby wtopić się w tłum. Jest człowiekiem wychowanym w Kansas, synem Kentów i reporterem, który dopiero z czasem poznaje swoje pozaziemskie dziedzictwo.

To pozornie drobna zmiana, ale właśnie ona nadaje opowieści emocjonalny ciężar. Superman może zrobić niemal wszystko, dlatego jego prawdziwą siłą okazuje się samoograniczenie. Nie próbuje rządzić światem ani udowadniać własnej wyższości. Wybiera pomaganie innym, ponieważ został nauczony odpowiedzialności. Krypton dał mu ciało, lecz to Ziemia ukształtowała jego moralność.

Równie udanie wypada nowa wersja Lexa Luthora. Nie jest już wyłącznie szalonym naukowcem, lecz wpływowym biznesmenem przekonanym, że całe Metropolis należy do niego. Nienawidzi Supermana, ponieważ nie może go kupić ani kontrolować. Ten korporacyjny Luthor był produktem lat osiemdziesiątych, ale w epoce miliarderów budujących własne medialne imperia brzmi niemal niepokojąco aktualnie.

Najlepszą częścią tomu pozostaje otwierająca go miniseria. Byrne sprawnie przedstawia Smallville, Lois Lane, Batmana, Luthora, Bizarro i kryptonijskie pochodzenie bohatera. Narracja jest zwarta, czytelna i pozbawiona zbędnych dygresji.

Dalsze zeszyty przypominają już regularny serial. Pojawiają się Metallo, Darkseid i Apokolips, ale równie ważne stają się życie redakcji “Daily Planet” oraz relacje Clarka z mieszkańcami Metropolis. Świat wyraźnie się rozrasta, choć tempo staje się mniej równe. Niektóre historie są znakomite, inne mają charakter prostych przygód zamykanych według znajomego schematu: nowe zagrożenie, efektowna walka, szybkie rozwiązanie.

Materiał pokazuje też swój wiek. Część dialogów nadmiernie objaśnia akcję, polityczne wątki bywają uproszczone, a kobiece postacie – mimo że Lois jest ambitna i samodzielna – nie zawsze unikają spojrzenia typowego dla komiksów tamtej epoki. Z tego powodu nie można uznać tego albumu za dzieło ponadczasowe.

Rysunki Byrne’a są dynamiczne, przejrzyste i znakomicie prowadzą wzrok. Superman rzeczywiście sprawia wrażenie potężnego: czuć jego prędkość, ciężar uderzeń i wysiłek wkładany w zatrzymywanie katastrof. Nie ma tu przeładowanych cyfrowymi efektami plansz – jest za to solidna narracja wizualna, w której zawsze wiadomo, co się dzieje.
Jerry Ordway wnosi cięższą kreskę, mocniejsze cienie i bardziej wyrazistą mimikę. Szczególnie dobrze wypadają u niego sceny rozgrywające się w Metropolis, dzięki którym miasto staje się czymś więcej niż tłem dla kolejnych pojedynków. Płaska, intensywna kolorystyka może dziś wyglądać staroświecko, ale pasuje do świata operującego wielkimi, czytelnymi symbolami.
Czytaj też: Krew z Kryptonu, serce z Kansas. Recenzja komiksu “Superman na wszystkie pory roku”
Komiks Byrne’a powstał w tej samej dekadzie, w której superbohaterów coraz chętniej poddawano mrocznej dekonstrukcji. “Człowiek ze Stali” wybiera inną drogę. Nie udaje, że świat jest sprawiedliwy, lecz pozostawia w nim miejsce dla uczciwości, empatii i odpowiedzialności.

Dlatego album dobrze koresponduje z filmowym “Supermanem” Jamesa Gunna z 2025 roku, ponownie przedstawiającym bohatera kierującego się współczuciem i wiarą w ludzi. Byrne również przekonuje, że dobroć Supermana nie wynika z naiwności. Jest świadomym wyborem kogoś, kto mógłby narzucić światu własne zasady, ale woli służyć mu przykładem.
