Recenzja komiksu Lady Baltimore. Królowe Czarownic. Tom 1

Nazwisko Baltimore powraca na łamy komiksów, wywodząc się spod pióra głównego scenarzysty (Mike’a Mingoli) oraz Christophera Goldena, których pomysły na wizualną opowieść przekuła Bridgit Connell. Jak więc poniekąd już trzeci komiks traktujący “o tym samym” wypada w praktyce?
Recenzja komiksu Lady Baltimore. Królowe Czarownic. Tom 1

Lady Baltimore. Królowe Czarownic. Tom 1 to kontynuacja historii tego samego autora z dwóch tomów pod tytułem Baltimore, ale jak wiecie (a może i nie), dochodzi w niej do zmiany głównego protagonisty. Jeśli zresztą nie czytaliście właśnie tych dwóch tomów, to po Lady Baltimore. Królowe Czarownic. Tom 1 nie macie co sięgać. Nie tylko przez brak ciągłości fabuły, ale też spadek jakości. Innymi słowy, z tego komiksu zachwycony specjalnie nie byłem.

Leciwa bohaterka jadąca na sławie męża i wszechobecne zaskoczenia z czapy

Komiksy akcji rządzą się własnymi prawami – to oczywiste. Jednak dobra historia, to po prostu dobra historia, ale kiedy w opowieści występuje zbyt wiele kompletnie nieprzewidywalnych zwrotów akcji, to nie można określić jej mianem dobrej. Na tym właśnie cierpi komiks Lady Baltimore. Królowe Czarownic. Tom 1, który może i cieszy oko, a na dodatek ma w sobie ducha pierwowzoru, ale jest zadziwiająco nierówny graficznie i miałki fabularnie.

Czytaj też: Recenzja komiksów z serii Batman Detective Comics. Gothamski Nokturn

Wszystko zaczyna się od głównej postaci – żony nieżyjącego już lorda Baltimore, która realizuje dalej doskonale znaną nam misję “walki ze złem”. Problem w tym, że jako czytelnicy jesteśmy rzucani na głęboką wodę i nawet nie możemy zapoznać się z tytułową lady Baltimore i w ogóle “poczuć”, jaką protagonistką jest. Szczerze zresztą? Wydaje się być zbyt mało charyzmatyczna czy nawet charakterystyczna i odnoszę wrażenie, że autorzy nawet niespecjalnie chcieli o to zadbać. Nawet jak na komiks, gdzie trzeba przymykać oko na pewne skróty i półśrodki (to opowieść graficzna, a nie książka na setki stron), jest to błąd, którego trudno w ogóle wytłumaczyć.

Czytaj też: Recenzja komiksów Wojny i smoki. Czy Kongamato. Tom 3 jest wart naszego czasu?

Szkoda, bo sprawę załatwiłaby zarówno typowa ekspozycja w ramach pierwszego rozdziału w formie “przypominajki przeszłości” albo po prostu solidny kawał wstępu do fabuły w formie mini-historyjki, który nie będzie wychodził z założenia, że czytelnik wie już wszystko o tym uniwersum. Pamiętajmy bowiem, że choć “Baltimore” jest już stary, to komiks Lady Baltimore. Królowe Czarownic stanowi dopiero pierwszy tom serii, a nie bezpośrednio wskazywaną w nazwie kontynuację. Zważywszy na zmianę protagonisty oraz inną formę wydań (znacznie krótsze zbiory), jestem prawie pewny, że wielu czytelników sięgnie po ten komiks bez tej kluczowej wiedzy.

Czytaj też: Recenzja komiksu Cyberpunk 2077 Kickdown

Jeśli jednak nie poczujecie się wrzuceni na głęboką wodę, a obecność w jednym zdaniu “Golem i Mignola” już coś wam mówi, to z całą pewnością będziecie się bawić dobrze, ale nie tak dobrze, jak za “czasów świetności” lorda Baltimore.