Komiksy historyczne mają bardzo prosty sposób, żeby stać się nieznośne. Wystarczy, że zaczną udawać podręcznik z obrazkami albo przeciwnie – potraktują historię wyłącznie jako dekorację dla sensacyjnej fabuły. Trzecia kamera Cédricia Apikiana i Denisa Rodiera szczęśliwie nie wpada w żadną z tych pułapek. To komiks, który działa jak thriller rozgrywany w ruinach powojennego Berlina, ale jego najważniejsza siła leży w czymś innym, bo w pytaniu o to, kto kontroluje obraz i kto decyduje, co zostaje zapisane, a co ma zniknąć.
Punkt wyjścia jest bardzo mocny. Po upadku III Rzeszy alianci próbują dotrzeć do materiałów, które mogą mieć znaczenie przy rozliczaniu nazistowskich zbrodni. W tym świecie aparat fotograficzny nie jest niewinnym narzędziem pamięci. Może być bronią propagandy, dowodem winy, osobistym zabezpieczeniem albo ciężarem, którego ktoś nie chce już dźwigać. Tytułowa trzecia kamera oznacza właśnie ten nieoficjalny aparat, wymykający się propagandowemu obiegowi i kontroli przełożonych. Dwa aparaty służyły systemowi, trzeci mógł przypadkiem zapisać prawdę.
Czytaj też: W świecie pełnym iluzji wszystko jest kłamstwem. Recenzja komiksu Cyberpunk 2077: Blackout

Najbardziej podoba mi się w tym komiksie to, że nie robi z fotografii prostego symbolu “prawdy”. Zdjęcie może dokumentować, ale może też kłamać przez kadr, podpis, wybór momentu i kontekst publikacji. W tym sensie Trzecia kamera bardzo dobrze rozumie temat propagandy. Obraz nie jest tutaj tylko ilustracją wydarzeń. Jest towarem, dowodem, narzędziem władzy i czymś, czego znaczenie zmienia się zależnie od tego, kto trzyma negatyw w ręku.
Berlin wygląda tutaj jak miasto po końcu świata
Denis Rodier wykonuje w tym albumie ogromną pracę. Zrujnowany Berlin nie jest tylko tłem dla pościgu i śledztwa, ale przestrzenią, w której czuć rozpad starego porządku. Gruz, głód, strach, zemsta i chaos powojennych dni tworzą atmosferę tak gęstą, że momentami historia wydaje się bardziej opowieścią o mieście niż o samych bohaterach. To akurat działa na plus, bo Berlin po kapitulacji nie powinien być neutralną scenografią. Powinien wyglądać jak miejsce, w którym propaganda właśnie przegrała z rzeczywistością.

Warstwa graficzna ma w sobie ciężar i realizm, których taki temat potrzebuje. Kadry nie próbują upiększać wojny ani jej konsekwencji. Najlepsze sceny są brudne, przytłaczające i pozbawione widowiskowej elegancji. Widać, że twórców interesuje nie tyle efektowna akcja, ile napięcie między tym, co zostało pokazane, a tym, co przez lata próbowano ukryć.
Scenariusz miejscami mógłby być bardziej skupiony. Trzecia kamera ma bardzo mocny centralny pomysł, ale czasem rozprasza uwagę na kilka postaci i wątków, przez co sam tytułowy aparat nie zawsze dominuje tak bardzo, jak powinien. Nie jest to wada niszcząca album, ale miałem poczucie, że w tym materiale drzemie jeszcze ciaśniejsza, bardziej duszna opowieść. Taka, która jeszcze mocniej zacisnęłaby się wokół pytania “co naprawdę zostało zapisane na tej kliszy?”.
Dossier po komiksie robi dużą robotę
Szczególnie doceniam wiedzę zamieszczoną po komiksie. To nie jest wypełniacz dodany po to, żeby album wydawał się poważniejszy. Materiały o propagandzie, niemieckich reporterach wojennych i samej idei trzeciej kamery bardzo dobrze ustawiają całą historię w kontekście. Dopiero po ich przeczytaniu wyraźniej widać, że album nie opowiada wyłącznie o poszukiwaniu zdjęć. Opowiada o całym systemie produkowania obrazu wojny.
Czytaj też: Recenzja komiksu Cyberpunk 2077 Kickdown

Propaganda Kompanien nie były przypadkową grupą ludzi z aparatami. Chodziło o profesjonalistów od obrazu w mundurach, pracujących w ramach machiny, która miała nie tylko dokumentować działania wojenne, ale przede wszystkim kształtować sposób ich odbioru. Zdjęcie miało wyglądać odpowiednio. Podpis miał znaczyć odpowiednio. Kadr miał mówić to, czego oczekiwał system. Trzecia kamera stawała się więc czymś niebezpiecznym nie dlatego, że była technicznie wyjątkowa, ale dlatego, że mogła wyjść poza kontrolowany język propagandy.
Właśnie przez ten dodatek album zyskuje drugi oddech. Sama historia jest solidnym, dobrze narysowanym thrillerem historycznym. Razem z częścią objaśniającą staje się ciekawszą opowieścią o pamięci, winie i obrazie jako narzędziu władzy. Lubię takie komiksy, bo nie kończą się na ostatnim kadrze. Zostawiają czytelnika z potrzebą sprawdzenia, ile z fabuły wyrasta z faktów i jak bardzo sama historia fotografii bywa historią selekcji, cenzury oraz przemilczenia.
Trzecia kamera – czy warto?
Trzecia kamera nie jest komiksem idealnym, bo przy tak mocnym temacie chciałoby się chwilami większej koncentracji i mocniejszego wykorzystania samego motywu nieoficjalnego aparatu. Mimo tego to bardzo dobry album historyczny. Ma świetną warstwę graficzną, ciężki klimat, dobry punkt wyjścia i dodatkową wartość w postaci materiałów po komiksie, które nie tylko uzupełniają lekturę, ale realnie zmieniają sposób patrzenia na całość.

Czytaj też: Taki właśnie ma być Cyberpunk. Recenzja komiksu Cyberpunk 2077 Słowo Honoru
Najbardziej cenię ten komiks za to, że przypomina prostą, ale niewygodną rzecz: obraz nigdy nie jest całkowicie niewinny. Zwłaszcza wtedy, gdy powstaje w systemie, który z kłamstwa uczynił narzędzie państwowe. Trzecia kamera pokazuje, że czasem najważniejsze zdjęcia to nie te oficjalne, najlepiej opisane i najstaranniej wybrane, ale te wykonane obok, poza instrukcją, poza cenzurą i poza zamiarem propagandy.
Warto przeczytać, szczególnie jeśli lubicie komiksy historyczne, które nie tylko odtwarzają epokę, ale próbują zrozumieć mechanizm stojący za jej obrazem.
