Alana Moore’a chyba nie trzeba przedstawiać. Wystarcza mu kilkanaście stron, stary kosmiczny mit i pytanie: co pozostaje z herosa, kiedy odbierzemy mu moc, legendę albo złudzenia? “Uniwersum DC według Alana Moore’a” jest nierówną, lecz fascynującą wyprawą przez świat, w którym peleryny służą nie tyle do latania, ile do zasłaniania ludzkich lęków.
Tytuł albumu może sugerować panoramiczną, autorską wersję świata DC, tymczasem otrzymujemy antologię opowieści powstających w różnych okresach, konwencjach i zakątkach komiksowego kosmosu. Polski tom wydany przez Egmont zbiera historie z Supermanem, Batmanem, Green Lanternem, Green Arrowem, Vigilante, Omega Menem, a także późniejsze utwory związane z WildStorm, m.in. “Voodoo”, “Deathblow: Byblows” oraz opowieść o Mister Majesticu.
Czytaj też: Batman i Superman jakiego nie znacie od twórcy “Sandmana”. Recenzja “Uniwersum DC według Neila Gaimana”
Nie jest to album równie spójny jak “Strażnicy” ani autorski run porównywalny ze “Swamp Thingiem”. To raczej gabinet osobliwości: kolekcja miniatur, eksperymentów, klasycznych historii superbohaterskich i późniejszych fabuł, w których Moore dostaje więcej przestrzeni, ale nie zawsze osiąga większą siłę rażenia.
Uniwersum DC według Alana Moore’a – recenzja komiksu
Najmocniejszym filarem tomu pozostają historie o Supermanie. “Dla człowieka, który ma wszystko” zaczyna się jak klasyczne spotkanie herosów, lecz szybko zmienia w opowieść o najdoskonalszym więzieniu: spełnionym marzeniu. Moore trafia tutaj w samo serce postaci. Superman może przesuwać planety, ale nie potrafi odzyskać Kryptonu, dzieciństwa ani życia, którego nigdy nie przeżył. Jego największą słabością nie jest kryptonit, lecz tęsknota.

To również subtelna rozprawa z eskapizmem. Fantazja obiecuje świat skrojony dokładnie dla nas, lecz Moore przypomina, że nawet raj zbudowany z pragnień zaczyna z czasem pękać. Wyśniony Krypton nie jest idealną pocztówką: pojawiają się na nim społeczne napięcia, rozczarowania i rodzinne konflikty. Człowiek nie marzy bowiem w próżni. Do najpiękniejszej wizji zabiera własny niepokój.
Czytaj też: Cienka granica między człowiekiem a demonem. Recenzja komiksu “Hellboy i BBPO 1955-1957”
Równie ważne jest “Co się stało z Człowiekiem Jutra?”, napisane jako pożegnanie z przedkryzysową wersją Supermana przed modernizacją bohatera przez Johna Byrne’a. Moore urządza tu symboliczny pogrzeb całej epoki komiksu. Wyciąga z magazynu dawnych przeciwników, dziwaczne wynalazki i naiwną logikę Srebrnej Ery, ale zamiast je wyśmiać, traktuje je z czułością. To zasadnicza różnica między nim a legionem późniejszych “mrocznych” scenarzystów: Moore potrafił demontować superbohaterskie mity właśnie dlatego, że najpierw dobrze je rozumiał i – przynajmniej na poziomie wyobraźni – kochał.

Drugi skarb albumu stanowią krótkie opowieści science fiction, zwłaszcza te związane z Korpusem Zielonych Latarni. “Mogo nie udziela się towarzysko” jest kapitalnym przykładem narracyjnej ekonomii: dowcip, kosmiczna zagadka i pomysł tak sugestywny, że na trwałe wszedł do mitologii Zielonych Latarni. “Tygrysy” mają natomiast ciężar mrocznej przepowiedni. Moore poszerza w nich kosmos DC nie przez dopisywanie kolejnych encyklopedycznych faktów, lecz poprzez tworzenie poczucia, że za widzialną rzeczywistością istnieje coś starego, obcego i cierpliwego.

Bardziej przyziemne historie z Green Arrowem czy Vigilante nie mają podobnej popkulturowej siły, ale ujawniają inne oblicze scenarzysty. Moore interesuje się przemocą nie jako widowiskiem, lecz mechanizmem, który przechodzi z człowieka na człowieka. Bohater próbujący zaprowadzić porządek sam może stać się częścią choroby. To tematy, które w latach 80. dopiero przebijały się do głównego nurtu amerykańskiego komiksu, zanim “dojrzałość” została przez wydawców sprowadzona do większej liczby trupów i ponurych monologów.

Późniejsze historie ze świata WildStorm wyraźnie zmieniają rytm albumu. “Voodoo” zanurza się w erotyce, magii i duchowości, próbując wyrwać bohaterkę z roli atrakcyjnego elementu drużynowej układanki. “Deathblow: Byblows” skręca w stronę paranoicznego SF, cielesności i problemu tożsamości. “Wielki chłód”, opowieść o Mister Majesticu rozgrywająca się u kresu istnienia, jest z kolei kosmiczną elegią: chłodną w tonie, lecz podszytą zdumieniem wobec samego faktu, że cokolwiek kiedykolwiek istniało. Ta część tomu jest nierówna. Moore próbuje nadawać głębi postaciom zrodzonym z estetyki lat 90., pełnej muskularnych sylwetek, tajnych projektów i efektownych pseudonimów. Czasami dokonuje twórczej alchemii, a czasami czuć, że literacka ambicja walczy z materiałem wyjściowym.

Warstwa graficzna siłą rzeczy nie tworzy jednolitej całości. Zmieniają się epoki, szkoły rysunku i sposób prowadzenia narracji. Ta różnorodność początkowo może sprawiać wrażenie chaosu, lecz ostatecznie staje się jednym z atutów tomu. Dave Gibbons rysuje z precyzją, która nie dominuje nad opowieścią. Curt Swan reprezentuje klasyczny język Supermana: czysty, bezpretensjonalny, zakorzeniony w epoce, którą opowieść żegna. Klaus Janson wnosi miejski brud, nerwową kreskę i ciężkie cienie. Kevin O’Neill znakomicie czuje kosmiczną groteskę: jego obcy naprawdę wyglądają jak istoty stworzone przez inną ewolucję, a nie ludzie z doklejonymi czułkami. Z kolei późniejsze historie WildStorm są bardziej efektowne, nasycone i agresywne wizualnie. Bywają imponujące, ale miejscami cierpią na typową przesadę.
Choć tom obejmuje horror, kryminał, fantastykę kosmiczną i tradycyjny superheroizm, większość zawartych w nim historii łączy melancholia. Bohaterowie Moore’a spotykają rzeczy większe od siebie: własne pragnienia, odziedziczoną przemoc, nieskończoność wszechświata, śmierć albo czas.

Nie oznacza to jednak bezustannego ponuractwa. Moore ma poczucie humoru i autentyczną fascynację cudownością komiksowego świata. Jego kosmos potrafi być groźny, lecz nigdy nie jest nudny. Autor nie pyta wyłącznie, jak zdemaskować superbohatera. Pyta także, dlaczego wciąż go potrzebujemy.
Czytaj też: 15 twarzy Człowieka ze Stali. Recenzja komiksu “Superman. Świat”
Największą wadą albumu jest jego niejednorodność. Najlepsze teksty Moore’a sąsiadują z utworami wyraźnie słabszymi, a przejście od klasycznego DC do estetyki WildStorm przypomina zmianę książki w połowie lektury. Kolekcja nie zawiera “Zabójczego żartu”, co przy tak szerokim tytule może rozczarować, podobnie jak oczywisty brak zasadniczego runu “Swamp Thinga”. To nie kompletne “DC Alana Moore’a”, lecz określony wybór utworów, których nie połączono w jedną artystyczną całość.
“Uniwersum DC według Alana Moore’a” nie jest arcydziełem jako album, ponieważ nie ma spójności arcydzieła. Jest za to zbiorem zawierającym kilka doskonałych historii, sporo znakomitych pomysłów i kilka ciekawych porażek. To lektura obowiązkowa dla miłośników Alana Moore’a oraz bardzo wartościowa dla czytelników zainteresowanych historią amerykańskiego komiksu. Dla osób dopiero poznających autora lepszym początkiem nadal będą “Strażnicy”, “V jak Vendetta” albo “Saga o Potworze z Bagien”.
