Geralt znowu robi to, co wychodzi mu najlepiej. Recenzja “Niedźwiedź i motyl”

Geralt znowu robi to, co wychodzi mu najlepiej. Recenzja “Niedźwiedź i motyl”

Wiedźmińskie komiksy Dark Horse mają już na karku dziesięć tomów i po tylu latach nadal nie jestem w stanie w pełni przewidzieć, co dostanę po otwarciu kolejnego. “Balladę o dwóch wilkach” pochłonąłem i do dziś uważam za jeden z najlepszych komiksów z Geraltem, podczas gdy “Dzikie zwierzęta” pozostawiły mnie z jednym wielkim “wtf?” i wrażeniem, że ktoś próbował upchnąć dwa razy większą historię na zbyt małej liczbie stron. “Niedźwiedź i motyl” z fenomenalną okładką szczęśliwie trafia znacznie bliżej tego pierwszego przypadku.

Tym razem Geralt trafia do Dol Gwyn, gdzie najwyraźniej grasuje wampir, a wysoka nagroda za jego głowę ściąga do miasta całe stado samozwańczych łowców potworów. Wśród nich znalazł się również ktoś, kto wie o fachu trochę więcej, bo domniemany inny wiedźmin, ale tym razem ze Szkoły Niedźwiedzia. Dochodzi do tego osierocony chłopak wciskający się Geraltowi na giermka, kobieta siedząca w areszcie i klasyczna dla tego uniwersum sytuacja, w której z każdą kolejną stroną coraz mniej rzeczy jest takich, jakimi wydawały się na początku.

Niedźwiedź i motyl robi dokładnie to, czego oczekuję od komiksowego Wiedźmina

Osobiście nie potrzebuję od tych komiksów z Geraltem w roli głównej jakiejś wielkiej sagi, kolejnego ratowania świata ani wciskania na siłę Ciri, Yennefer czy Jaskra tylko dlatego, że każdy je kojarzy. Znacznie bardziej odpowiada mi Biały Wilk wrzucony w pojedynczą historię, która zaczyna się od zlecenia na potwora, a następnie zaczyna obrastać w kolejne problemy, kłamstwa oraz ludzi, których najchętniej zostawiłby samym sobie.

“Niedźwiedź i motyl” właśnie taki jest.

Simon Spurrier nie próbuje przy tym udawać Sapkowskiego na każdym kroku, ale bardzo dobrze rozumie podstawę tej postaci. Geralt jest profesjonalistą, który najchętniej wykonałby robotę, zgarnął pieniądze i ruszył dalej, a jednocześnie ponownie daje się wciągnąć w problemy innych osób bardziej, niż sam chciałby przyznać. Nie brakuje również standardowej wiedźmińskiej zabawy pytaniem o to, kto rzeczywiście jest potworem, choć na szczęście historia nie wali tym przesłaniem czytelnika po głowie przy każdej możliwej okazji.

Czytaj też: Komiksy z wiedźmińskich opowiadań. Recenzja dwóch klasyków

Największą ciekawostką jest oczywiście drugi wiedźmin. Sama Szkoła Niedźwiedzia była przez lata rozwijana głównie poza książkami Sapkowskiego, więc każde jej pojawienie się daje twórcom sporo swobody. Nie będę zdradzał, co dokładnie zrobiono tutaj, ale na pewno nie dostajemy kolejnego Geralta w innym pancerzu. Różnice między wiedźminami dają tej historii trochę świeżości i jednocześnie pokazują, jak różnie można podchodzić do tego samego fachu.

Czytaj też: Recenzja komiksu Wiedźmin Ostatnie Życzenie. Klasyk w świetnym wydaniu

Całość liczy 104 strony i tym razem nie miałem wrażenia, że ktoś bezlitośnie wycinał z historii pół scenariusza tylko po to, żeby zmieścić wszystko w czterech zeszytach. Tempo pozostaje wysokie, bo to nadal komiks do przeczytania podczas jednego dłuższego posiedzenia, ale poszczególne wydarzenia mają czas wybrzmieć. Po “Dzikich zwierzętach” jest to dla mnie bardzo duży plus.

Ten Wiedźmin również odpowiednio wygląda

Za rysunki odpowiada Stephen Green, a za kolory José Villarrubia i całość trzyma poziom, którego od tej serii już oczekuję. Nie jest pięknie w takim sensie, że każdą stronę chciałbym wyrywać i wieszać na ścianie. Jest za to brudno, ponuro i miejscami odpowiednio paskudnie, czyli dokładnie tak, jak wiedźmiński świat powinien wyglądać.

Czytaj też: Recenzja Wiedźmin Corvo Bianco. Jak Geralt radzi sobie z winem w komiksach?

Polskie wydanie Egmontu dostało twardą oprawę, format 170 x 260 mm i cenę okładkową 49,99 zł (kupno jest dostępne już w 34,99 zł). Nie jest to już więc tani komiks za dwie dyszki, ale przynajmniej jakości samego wydania trudno mi się czepiać. Najważniejsze pozostaje jednak to, że “Niedźwiedź i motyl” po prostu dobrze wykorzystuje Wiedźmina. Nie próbuje wywracać tego świata do góry nogami, nie sili się na wielkie wydarzenie zmieniające życie Geralta i nie robi z czterech zeszytów historii, która potrzebowałaby trzech razy tyle miejsca.

Szczególnie dobrze wypadają same potwory oraz bardziej dynamiczne sceny. Green nie robi z Geralta superbohatera pozującego co drugą stronę do plakatu, a starcia pozostają chaotyczne i brutalne. Nadal bez problemu da się jednak śledzić, co właściwie dzieje się w kolejnych kadrach, więc nie mamy tutaj artystycznego bałaganu przykrywającego walkę. Dostajemy zlecenie, tajemnicę, kilka nieoczywistych postaci, drugiego wiedźmina i odpowiednią dawkę pytania o to, kto w całej tej historii rzeczywiście zasługuje na miecz. Tyle wystarczyło, żebym po ostatniej stronie nie zastanawiał się, czego zabrakło, tylko kiedy dostanę kolejny tom w podobnym stylu.